poniedziałek, 14 grudnia 2015

Alice Munro - PRZYJACIÓŁKA Z MŁODOŚCI | Opowieści z przeszłości


Na sięgnięcie po twórczość Alice Munro nie mogłam się zdecydować bardzo długo. Może dlatego, że to literatura z grubsza kobieca, a mnie ten gatunek od zawsze odrzuca. I nawet Nobel średnio mnie przekonywał. Prawdopodobnie nie przeczytałabym Przyjaciółki z młodości, gdybym pewnego dnia nie wybrała się do biblioteki po dowolną książkę Aleksijewicz z założeniem, że skoro dostała Nobla, to jakąś jej pozycję kupić musieli! A no nie kupili. Więc wróciłam do domu z Munro. Nie żałuję tego: lektura bardzo przyjemna, choć utwierdzająca mnie w przekonaniu, że założeń literatury ambitnej nigdy nie zrozumiem.

Ale zacznę od czegoś innego, czyli stwierdzenia, że literaturę kanadyjską z bliżej nieznanych mi powodów od zawsze ubóstwiam. Może to dlatego, że przypomina amerykańską, jest równie jak ona dostępna, ale zasadniczo się różni. Brakuje w niej tego typowego dla USA... mainstreamu? Ciężko powiedzieć. Jednak każdy z tamtejszych autorów, których dotąd poznałam, miał "to coś": czy chodzi o wspaniałych bohaterów drugoplanowych u Lucy Mud Montgomery, klimatycznie wbudowane realia dziewiętnastowiecznego Toronto u Maureen Jennings, zdumiewające emocje u Michaela Crummeya (recenzja jego wspaniałego Sweetland tutaj)... czy o niezwykły dar opowiadania historii Alice Munro.

Każde z zawartych w zbiorku opowiadaniach oparte jest motywie wpływu przeszłości na teraźniejszość. Pisarka cudownie snuje historie z przeszłości i wspomnienia różnych ludzi. Tę część każdego opowiadania czyta się niezwykle przyjemnie. Na pochwałę zasługuje sposób, w jaki Munro poprzeplatała poszczególne plany czasowe. Technicznie wszystkie opowiadania mogę uznać za wspaniałe, mimo że według mnie to najtrudniejszy gatunek prozy. Niestety na tym recenzji skończyć nie mogę.

Munro największą wagę przyłożyła do odmalowania ludzkich charakterów. Nie mamy tutaj czarno-białych bohaterów. Świetnie odmalowano zmiany zachodzące w nich na przestrzeni lat, a także różnice między światopoglądami różnych pokoleń.

I tutaj przechodzimy do mniej miłej części, a więc argumentacji dlaczego do tzw. "literatury ambitnej" stosunek mam taki, a nie inny. Najpierw krótkie wyjaśnienie, co ja takiego rozumiem pod tym określeniem (mało konkretnym, prawdę mówiąc, o czym świadczy brak definicji na Wikipedii, a to już coś!). Dla mnie to literatura skłaniająca do refleksji, poruszająca trudne tematy, wchodząca głęboko w psychikę  bohatera (i czytelnika również). I niestety też często są to książki... które ambitne mają być i już! Wiem, że to bardzo stronnicza klasyfikacja, ale chciałabym, abyście znali mój poplątany punkt widzenia. Bo ja literaturę ambitną serio lubię. I sięgam po nią, wiedząc, że w 75 procentach przypadków mnie zirytuje.

Tak też jest i z Przyjaciółką z młodości. Munro posiada bowiem tragiczną manierę, którą najłatwiej scharakteryzować słowami Dowalę jeszcze trochę tego wyrafinowania i psychoanalizy, żeby wyszło bardziej "noblowsko". Serio, jeśli to wszystko działa, mówcie mi przyszła milionerko. A tak serio, to o ile dziwnie niepasujące opisy mogą mi się nawet podobać, to doczepione na siłę interpretacje czy psychoanalizy do mnie nie przemawiają. Najbardziej zraniło mnie to w przypadku pierwszego, tytułowego opowiadania. Wyobraźcie sobie moje podejście: brak jakiejkolwiek opinii o autorce, a ta nagle chwyta cię za gardło rozkosznie powoli snutą opowieścią, zwieńczoną zaskakującą  pointą. Ale to jednak nie koniec. Tutaj córka bohaterki zaczyna analizować działania wszystkich postaci i podawać czytelnikowi na talerzu gotowe interpretacje, do których sam mógł z łatwością dotrzeć. Osobiście poczułam się potraktowana jak jakaś kretynka. Chyba nigdy nie wybaczę Munro zepsucia tego utworu.

I choć częściej możemy spotkać się z podobnymi zabiegami, a w opowiadaniu Trzymaj mnie mocno w dłoniach swych sięgają one niemal dna dzięki zbyt poplątanej psychoanalizie, to większość historii trzyma średni lub dobry poziom. Na ich tle wyróżnia się Meneseteung, które raz jeszcze zachwyciło mnie oryginalnym pomysłem. I epoką. Tylko troszkę. Z resztą, znacie mnie.

Mimo że większość tej recenzji składa się z krytyki, to twórczość Munro naprawdę warto sięgnąć. Wyróżnia się wspaniałym stylem i różnorodnością kontaktów między ludzkich, które możemy u niej spotkać. Opowiadania w tym zbiorze osobno nie są niczym nadzwyczajnym, ale razem tworzą coś naprawdę ciekawego. Polecam, zwłaszcza kobietom (ale nie tylko). A sama chętnie poznam inne książki tej autorki.

Marre


Przyjaciółka z młodości - 6/10

Five Points 5,5/10

Meneseteung - 8/10

Trzymaj mnie mocno w dłoniach swych - 3/10
Jabłka i pomarańcze - 5/10
Zdjęcia lodu - 5/10
Dobroć i łaska - 5,5/10
Ten godny wdzięk królewskiej córy! - 5/10
Inaczej - 4/10
Peruka - 5,5/10
średnia - 5,5/10



Autor: Alice Munro
Tytuł: "Przyjaciółka z młodości"
Oryg. tytuł: "Friend of My Youth"
Wydawnictwo: Literackie
Tłumaczenie: Agnieszka Kuc
Stron: 434
I wydanie: 1990 [PL - 2013]
Gatunek: obyczajowe
Ocena: 6,5/10



1 komentarz:

  1. ja czytałam jeden zbiór opowiadań Munro i na tym poprzestanę, kompletnie do mnie nie trafia jej obrazowość i styl, trochę mnienuży, choć to literatura dobra, to jednak wole nie ;)

    OdpowiedzUsuń