poniedziałek, 4 lipca 2016

MIĘDZY KADRAMI - czerwiec 2016


Myślałam, że nie skończę tego posta. Ale skończyłam! I żyję! Nawet redakcja była! Gdy będę robiła przegląd lipcowy, to chyba będę musiała pominąć niektóre filmy, bo inaczej się nie da. Wyjątkowo dużo zeszłorocznych premier wpadło, kanały filmowe chyba mnie zbytnio rozpieszczają. Smacznego!

(skala ocen, kadry i opisy filmów pochodzą z serwisu Filmweb)

Nigdy nie jest za późno (2015)
reż. Jonathan Demme
5.5/10 (średni/niezły)



Supertrio Meryl Streep (trzykrotna laureatka Oscara), Jonathan Demme (Oscar za "Milczenie owiec", "Filadelfia", "Rachel wychodzi za mąż") i Diablo Cody (Oscar za scenariusz do filmu "Juno") przedstawia historię starzejącej się gwiazdy rocka (Meryl Streep), która w młodości porzuciła rodzinę na rzecz show biznesu. Teraz wraca na łono rodziny, a właściwie próbuje pozbierać jej szczątki. Nie jest przy tym pokorna i cierpliwa, tak jak współczująca nie jest jej rozwiedziona córka (Mamie Gummer).

Spodziewałam się czegoś lepszego. Filmy z Meryl Streep podobały mi się zawsze, niezależnie od gatunku. Ten niby też, ale niczego nie urywa. Spodziewałam się ciekawej opowieści o patchworkowej rodzinie i faktycznie z początku coś takiego otrzymałam. Jednak mniej więcej od połowy wszystko zaczęło skręcać w stronę pokomplikowanej, ale kochającej się i w ogóle super rodzinki i... No cóż, film dużo stracił. Urzekła mnie za to postać grana przez Mamie Gummer i sposób jej przedstawienia. Z chęcią obejrzę inne produkcje z jej udziałem. I uwaga dla dystrybutora: można było pomyśleć o napisach z tłumaczeniami piosenek. Zajmą one stosunkowo dużo miejsca w filmie (piosenki) i warto by było, żeby osoby nieznające angielskiego też mogły je zrozumieć.


Wizyta inspektora (2015)
reż. Aisling Walsh
7/10 (dobry)



Obiad zamożnej rodziny Birlingów zostaje zakłócony wizytą inspektora mającego wyjaśnić kwestię śmierci młodej kobiety. Okazuje się, że każdy z domowników miał z nią coś wspólnego.
(tym razem opis własny)

Lubię zaadaptowane sztuki teatralne. Nie wiem dlaczego. Chyba za klimat i pozorną statyczność. Tutaj również wszystko poza retrospekcjami rozgrywa się w jednym pokoju. Możemy skupić się na ciekawych postaciach, relacjach między nimi oraz oczywiście śledzeniu zagadki kryminalnej. Jednak najlepszą rzeczą w tym filmie jest to, jak pojedyncza historia zahacza o niemal wszystkie aspekty życia w edwardiańskiej Anglii. Chapeaux bas.


Wiek Adaline (2015)
reż. Lee Toland Krieger
7/10 (dobry)



Urodzona na początku XX wieku piękna Adaline jako dwudziestolatka ulega wypadkowi, na skutek którego przestaje się starzeć. To, co wydaje się spełnieniem marzeń o nieśmiertelności, z czasem przynosi dramatyczne konsekwencje. Adaline musi się ukrywać przed władzami, które chcą poddać ją eksperymentom. Wciąż podróżując, zmieniając tożsamość traci kontakt z najbliższymi, którzy starzeją się na jej oczach. Ta pełna przygód i dramatycznych wydarzeń podróż przez życie Adaline trwa przez cały niemal XX wiek. To życie jest fantastycznie wręcz interesujące, kolorowe, niezwykłe ale także bardzo samotne. W końcu Adaline znajduje miłość, dla której warto wyrzec się nawet nieśmiertelności. Ale czy to możliwe?

To jest romans. Ale romans, który mnie wyjątkowo nęcił. I który wyjątkowo mi się podobał pomimo kilku zgrzytów. Pomysł jest świetny. Ukazanie nieśmiertelności jako przekleństwa. I sama historia to też całkiem skuteczny wyciskać łez. Piękna opowieść o potrzebie miłości. Tyle (wielkich) zalet. No dobra, jeszcze największa. Harrison Ford. *.* No i jego bohater. Jego wątek i jego gra aktorska, to najlepsze rzeczy w całym filmie. Oglądasz i myślisz sobie: "Jeny, ale on wciąż ją kocha. Jeny, ale oni... Jeny!". Wraz z pojawieniem się Williama Jonesa od razu wchodzimy w jego skórę, czujemy targające nim emocje. Dobry aktor to jednak dobry aktor.

Ale z drugiej strony mamy trochę minusów. Pierwszym z nich jest główna para. Młodzi (no dobra, Adaline względnie), piękni, inteligentni, z wyjątkowym gustem do wszystkiego... I jak tu się w sobie nie zakochać? Jednocześnie nie mają żadnego charakteru, żadnych zauważalnych cech czy wad. Żadnych. Brr. Zastrzeżenie numer dwa, to podkładka naukowa. Ja błagam, nie mam nic przeciwko naciąganym teoriom, ale kiedy próbuje je tłumaczyć i "uwiarygodnić" narrator, to sięgam po nóż kuchenny. Bzdura wypowiedziana na głos staje się jeszcze większą bzdurą! No i ten narrator. Wyłącznie drażnił.


Frankenweenie (2012)
reż. Tim Burton
6/10 (niezły)



Twórca "Alicji w krainie czarów" Tim Burton przedstawia opowieść o chłopcu i jego wiernym psie Sparkym. Pewnego dnia podczas zabawy Victora i Sparky'ego, psa potrąca samochód. Młody Victor nie może pogodzić się ze stratą najlepszego przyjaciela, jednak podczas lekcji fizyki dowiaduje się, że jest jeszcze nadzieja. Wykorzystując moce nauki, udaje mu się przywrócić Sparky'emu życie. Chłopiec obawia się jednak, że jego pupil w nowym obliczu może wywołać przerażenie wśród okolicznych mieszkańców, więc ukrywa jego istnienie. Okazuje się to jednak bardzo trudne.

Zawiodłam się. Świetny pomysł na fabułę, jeszcze lepsze wykonanie (od strony technicznej) i... straszna schematyczność. Jedną z gorszych rzeczy, zarówno w filmach jak i w literaturze, jest połączenie świeżej idei z oklepanymi na maksa wątkami. Do pewnego momentu idzie świetnie, ale od chwili... hmm... jak to zrobić bez spoilerów... rozpowszechnienia pewnej rzeczy, robi się nudno i banalnie. Sceny nieco jak z Godzilli i właściwie już wiesz, jak się skończy. Ładny początek, ładny morał, ale nieciekawe scenariusz. (Ale Sparky jest genialny <3).


Młodość (2015)
reż. Paolo Sorrentino
9/10 (rewelacyjny)



Wybitny kompozytor (Michael Caine) otrzymuje od angielskiej królowej nieoczekiwaną propozycję. Piękna kobieta (Rachel Weisz) chce się dowiedzieć, dlaczego mąż porzucił ją dla dziewczyny (Paloma Faith), od której wszystko ją różni. Słynny reżyser (Harvey Keitel) szuka idealnego zakończenia dla swojego najważniejszego filmu. Charyzmatyczny aktor (Paul Dano), znany z roli w superprodukcji, chce znaleźć prawdziwe życiowe wyzwanie. Miss Universe postanawia wszystkim pokazać, dlaczego to ona jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Wielka gwiazda (Jane Fonda) zjawia się po latach, by prosto w twarz powiedzieć mężczyźnie swojego życia, co naprawdę o nim myśli. Kilka letnich dni, podczas których wyjdą na jaw najgłębsze tajemnice, a wystawione na próbę zostanie powszechne pragnienie wiecznej młodości.

W maju recenzowałam (klik) sfabularyzowany scenariusz tego filmu i się zachwyciłam. Dlatego ucieszyło mnie, że tak szybko będę mogła skonfrontować książkę z filmem. I muszę powiedzieć, że jest nawet lepiej. Słabsze pozycje mają to do siebie, że gdy już znamy fabułę, to myślimy sobie "aha, a teraz on wyciągnie spluwę", a przy pozycjach dobrych wygląda to mniej więcej tak "Ojejku, on zaraz wyciągnie spluwę! Czemu on jej nie wyciąga?! Ja tu chyba na zawał zejdę!". Mojej reakcji bliżej było do tego drugiego, aczkolwiek w "Młodości" nikt spluwy nie wyciągał. Ale i tak było bosko. Mądry i niepretensjonalny pomimo pewnej specyficzności film.


Hotel Transylwania 2 (2015)
reż. Genndy Tartakovsky
5/10 (średni)



Zarząd Hotelu Transylwania zmienił nieco regulamin i teraz pośród upiorów mogą w nim mieszkać także ludzie. No, ci nieco bardziej odważni ludzie. Ale Drac nie wszystko widzi w różowych (czy może raczej czarnych) barwach, obawia się bowiem, że jego półczłowieczy-półwampirzy wnuk nie przejawia symptomów wampira… Zamierza więc, łącząc siły z Frankiem, Murrayem i Griffinem, poddać go wampirzemu treningowi. To jednak nie wszystko. Hotel zapragnął odwiedzić Vlad, bardzo, bardzo, bardzo stary (i staroświecki) ojciec Draca. Sytuacja komplikuje się, gdy Vlad dowiaduje się, że jego wnuk nie jest wampirem czystej krwi, a Hotel Transylwania mogą odwiedzać ludzie…

Dobre filmy animowane odróżniają się od tych przeciętnych i słabych, że nie tylko rozbawią starszego widza, ale i go wzruszą. Z tej przyczyny "Hotel Transylwania 2" (zresztą jedynką również) zalicza się do grupy drugiej. Pierwsza połowa wydawała mi się momentami nawet lepsza od oryginału, ale samą końcówkę najłatwiej określić słowami: kicz, głupota, dno i pięć metrów mułu. Aczkolwiek jest to jeden z przykładów bajkowych sequeli, które niemal dorównują poziomem pierwowzorowi. A to już coś. No i pomysł na hotel dla Potworów wciąż ma sporo do zaoferowania. Mam tylko nadzieję, że nikt nie pomyśli o kolejnej części.


"Ups! Arka odpłynęła" (2015)
reż. Toby Genkel
3/10 (słaby)



Nadciąga potop i wkrótce całą Ziemię zaleje woda. Jedynym ratunkiem dla zwierząt jest miejsce na Arce Noego, której kapitanem został wyniosły Król Lew. Niestety, paru nieboraków nie znalazło się na liście upoważniającej do wejścia na pokład i teraz mają… przechlapane. Uroczy stwór o imieniu Fini, przedstawiciel tajemniczego gatunku pluszczaków, wspierany przez trójkę innych pechowców bez biletu wstępu na Arkę, zmaga się z nadciągającą powodzią oraz stadem gryfów-głodomorów, które… mają smaka na pluszczaka.

A to już z kolei animacja nie mająca nic ciekawego do zaoferowania dla dorosłego widza. Jeśli opis fabuły wydał Wam się głupi, to taki też jest film. Niezły pomysł, ale reszta... głupia. Głupie dialogi (oj, i to bardzo), co za tym idzie: głupi bohaterowie, nieciekawa fabuła i w ogóle... kurde, czy nikt nie zauważył, że na Arkę powinien wchodzić jeden samiec, jedna samiczka? Niespokrewnione za bardzo? Chociaż może to jest przyczyną, dlaczego pluszczaki i pozostali "pechowcy" na statek nie trafili. A seans przerwałam w połowie. Uznałam, że mam lepsze rzeczy do roboty. (Ale plus za fajne kolorki i tego... ślimaka. Zgubiłam jego imię).


"Uśmiech Mony Lizy" (2003)
reż. Mike Newell
6/10 (niezły)



Katherine Watson (Roberts) wyjeżdża z Kalifornii, aby w Nowej Anglii w Wellesley College nauczać historii sztuki. Jest jesień 1953 roku. Katherine oczekuje, że jej studentki, najlepsze w całym kraju, wykorzystają możliwości, jakie zostały im dane w trudnych powojennych czasach. Wkrótce po przyjeździe, Katherine odkrywa, że środowisko w prestiżowej instytucji opanowane jest przez konformistów. Wg jednej z nauczycielek, Nancy Abbey (Marcia Gay Harden), pierścionek zaręczynowy na palcu młodej kobiety dużo więcej znaczy niż dobre wykształcenie. Kiedy Katherine zachęca swoje studentki do niezależnego myślenia, odczuwa niechęć konserwatywnych kręgów, w tym jednej ze studentek Betty Warren (Dunst). Betty, która niedawno wyszła za mąż, staje się zaciekłą przeciwniczką Katherine, kiedy ta przekonuje jej najlepszą przyjaciółkę, Joan Brandwyn (Stiles), do rozpoczęcia studiów prawniczych w Yale, mimo tego że Joan czeka na oświadczyny swojego chłopaka. Dla bystrej i prowokacyjnej Giselle Levy (Gyllenhaal), Katherine staje się tak bardzo jej potrzebnym przykładem i mentorem. Słodka i nieśmiała Connie Baker (Goodwin) także znajduje odwagę, aby wziąć przykład z Katherine i pokonać własne wątpliwości. W świecie, który zdecydował za nie jak żyć, Katherine uczy je jak niezależnie myśleć. Poprzez próby swoich studentek pragnących odnaleźć swoją drogę w życiu, także Katherine odkrywa nowe elementy we własnym życiu.
(Opis zbyt długi, ale bardzo ciężko zarysować fabułę tego filmu).

Oczekiwałam czegoś lepszego. Film na ważny temat, a... tak bardzo amerykański. Jednostronny. Bawi mnie i jednocześnie smuci, że obrazy/teksty mające odwoływać się do feminizacji, wyzwolenia kobiet, skupiają się właściwie tylko na życiu uczuciowym. Taka Katherine Watson. Kiedy widzimy jej związek uczuciowy, to problemy z pracą schodzą na dalszy plan. Na koniec otrzymujemy ładny morał, by nie mówić nikomu, jak ma żyć. Ach. Szkoda tylko, że to nie jest takie proste.


"Złota Dama" (2015)
reż. Simon Curtis
6.5/10 (niezły/dobry)



Maria Altmann (Helen Mirren) to pozornie skromna kobieta, której życiorys skrywa jednak wiele tajemnic. Losy jej zamożnej rodziny żyjącej w przedwojennym Wiedniu wiążą się bowiem z jedną z najbardziej zuchwałych grabieży w historii, dokonaną przez nazistowskie władze Austrii. Kilkadziesiąt lat później Maria wspierana przez młodego adwokata (Ryan Reynolds) rozpoczyna heroiczną walkę o rodzinną kolekcję. Jej częścią jest wart ponad 100 mln dolarów obraz Gustava Klimta "Złota Adela". Dla Marii portret ciotki stanowi ważną rodzinną pamiątkę, lecz dla Austrii jest najcenniejszą narodową relikwią. Czy słynny obraz Klimta, zwany "austriacką Mona Lisą", wróci do prawowitej właścicielki?

Tym razem dziwnie krótko: film niezły, nawet dobry, ale nie powala. Ładna historia, dobra na film. Ładny wątek utracenia wraz z emigracją własnej przeszłości. I (wątek) tego, że dla kogoś arcydzieło może być po prostu podobizną ukochanej osoby. (Świetnie dobrana aktorka. Niesamowite).


"Ex Machina" (2015)
reż. Alex Garland
7.5/10 (dobry/bardzo dobry)



Młody informatyk Caleb (Dohmnall Gleeson) wygrywa firmowy konkurs i na tydzień trafia do laboratorium, w którym pracuje szef jego firmy - Nathan (Oscar Isaac). Caleb poznaje w nim piękną Avę (Alicia Vikander) - pierwszą na świecie sztuczną inteligencję pod postacią kobiety. Ava jest wynikiem eksperymentu Nathana. Czuje, myśli, wzrusza się i boi o własną przyszłość. Caleb nie wie, że sam jest częścią eksperymentu.

Po prostu dobry thriller SF. Pełna napięcia atmosfera, wciągająca, ale jednocześnie nieskomplikowana (niepotrzebnie) fabuła. Plus ciekawe zakończenie i świetny pomysł na genezę sztucznej inteligencji. Jak dla mnie bomba. Dobrze czasem sięgnąć po dobre, niespektakularne kino fantastyczne.

Uff, to chyba wszystko. Znaleźliście coś dla siebie?

Marre

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz