sobota, 20 maja 2017

Jakub Ćwiek "Grimm City. Bestie" | Między człowiekiem a bestią


Grimm City. Wilk! oczarowało mnie świetnym klimatem (recenzja tutaj). Nie nazwałabym go arcydziełem, ale naprawdę przyjemnym i świeżym kryminałem. (Obserwacja na marginesie: średnio pokonał próbę czasu - po roku zwykle pamiętam więcej szczegółów fabuły). Nic więc dziwnego, że nie mogłam odmówić sobie powrotu do wykreowanego przez Jakuba Ćwieka świata. I otrzymałam kontynuację godną pierwszego tomu.

Zamordowanie w biały dzień głowy jednej z mafijnych rodzin stawia Grimm City w stan gotowości. Policja w rekordowym czasie znajduje podejrzanego i rusza jeden z największych procesów ostatnich lat. Kiedy miasto koncentruje się na sprawie, na dalszy plan schodzą protesty górników oraz poszukiwania seryjnego mordercy młodych kobiet, zwanego Drwalem. Jednak prowadzący je inspektor Evans nie zamierza odpuścić. Tymczasem do Emetha Braddocka, emerytowanego boksera o pseudonimie "Bestia" i nieformalnego opiekuna jednej z najnędzniejszych dzielnic leżącej się po drugiej stronie mostu, zgłasza się pewien człowiek. Twierdząc, iż kryjówka Drwala może znajdować się właśnie na jego terenie.


Łamanie konwencji czy łamanie powieści?

Gwoli przypomnienia: Grimm City leży w świecie stanowiącym lustrzane odbicie naszego, ale którego osią są opowieści. Bóg jest Bajarzem, a świętą księgą - baśnie. Samemu miastu, leżącemu na zwłokach poległego przed wiekami olbrzyma, najbliżej do Gotham czy międzywojennego Nowego Jorku. Mamy mrok, smog, gangi, skorumpowane władze i atmosferę beznadziei oraz upadku. Czyli po prostu noir. Można by powiedzieć, że ten niby fantastyczny setting "wybija" (tylko) niezły wątek kryminalny, ale nie sposób traktować tych elementów rozdzielnie. Nie istnieją one obok siebie, a nieustannie się przenikają. To samo tyczy się atmosfery i konwencji noir, która nie stanowi wyłącznie dekoracji, a w żywy sposób wpływa na konstrukcję fabuły, zwłaszcza na mało pozytywne zakończenie.

A z ową konstrukcją fabuły mam pewien problem. Z jednej strony rozumiem, co autor chciał osiągnąć (i co osiągnął), a z drugiej nie jestem pewna, czy było warto. Otóż, przez jakieś 2/3 Ćwiek niezwykle zgrabnie żongluje dużą liczbą narracji, gmatwając wątki, budując napięcie i atmosferę. Osobno śledzimy proces, osobno Evansa, osobno Braddocka i jego córkę. Do tego dochodzą fragmenty opisywane z punktu widzenia jednej z ofiar Drwala (co wiąże się ze świetnym motywem tytułowych bestii) oraz licznych bohaterów epizodycznych. Od tej części dosłownie nie sposób się oderwać. W pewnym momencie jednak autor zaczyna bawić się konwencją śledztwa, w którym, jak oczekujemy, wszystkie fragmenty układanki powinny utworzyć spójną całość. I w rezultacie otrzymujemy zakończenie zaskakujące, otwarte (nawet bardziej niż w tomie pierwszym) i ciekawie wpisujące się w pesymistyczną wizję świata. Jednakże za sprawą takiej a nie innej konstrukcji końcowe wydarzenia zdają się rozgrywać zbyt szybko i nie mogę pozbyć się wrażenia, że czegoś tu zabrakło.



Bestie i policjanci

Podobnie jest ze wspomnianym przeze mnie motywem bestii. Jakub Ćwiek połączył stanowczo zbyt często wykorzystywaną postać seryjnego mordercy z archetypem bestii obecnym w baśniach. W świecie, w którym odgrywają one takie znaczenie, takie zestawienie przestaje być tworem czysto akademickim, a może być rozpatrywane bardziej serio. Bestią jest Emeth Braddock, ale jest nią też zupełnie różny od niego Drwal. I w świetle owego kontrastu tożsamość mordercy zdecydowanie zawodzi. Oczekiwałam, że będzie ona ciekawą puentą "teorii bestii", ale... nie. Teoretycznie to również można podciągnąć pod łamanie konwencji. Tylko czy może być ono celem samym w sobie? I czy nie zyskalibyśmy więcej, gdyby jednak nie nastąpiło?

To właściwe jedynie moje zastrzeżenie. Poza tym jest tylko lepiej. Nie można nie zauważyć zmian, jakie zaszły u bohaterów od pierwszego tomu. Narzekałam wtedy, że, patrząc ogólnie, są oni zwyczajnie nijacy. Teraz sytuacja się znacznie poprawiła. Wybijają się Braddock i jego córka Bekka, więcej miejsca dostała też Palla, na przykładzie której widzimy, z jakimi problemami musi sobie radzić niezależna kobieta-dziennikarka w bardzo męskim świecie Grimm City. Dużo dobrego zdziałało też rozdzielenie Evansa z McShanem, bo wreszcie nie zlewają się w jedną postać.


Po prostu przyjemnie

Mimo zastrzeżeń, pod względem ogólnego poziomu Grimm City. Bestie nie odbiegają od tomu pierwszego. Nie są może dziełem wybitnym, ale wyróżniającym się i dość dobrze napisanym, z lektury którego można czerpać sporą przyjemność. Samo miasto kryje w sobie wciąż sporo potencjału na kolejne tomy (które, jak podejrzewam, za jakiś czas się ukażą), ale mam nadzieję, że autor nie wyjdzie poza trylogię. Co za dużo to niezdrowo. Ale niezależnie od liczby przyszłych tomów Grimm City polecam, zwłaszcza, że obie części można czytać niezależnie od siebie.


Marre


Za możliwości powrotu do Grimm City dziękuję:

Autor: Jakub Ćwiek
Tytuł: "Grimm City. Bestie"
Cykl: Grimm City (tom 2/?)
Seria wydawnicza: Imaginatio
Wydanie: SQN, 2017
Ilustracje: Piotr Sokołowski
Stron: 358
Rok I wydania: 2017
Gatunek: urban fantasy, kryminał noir
Werdykt: polecam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz