czwartek, 3 grudnia 2015

Michael Crummey - SWEETLAND | Dzieląc demony z bohaterem


Osadę Chance Cove na wysepce Sweetland zamieszkuje kilkadziesiąt osób, które z trudem wiążą koniec z końcem po zapaści nowofundlandzkiego rybołówstwa. Nic dziwnego, że złożona przez rząd propozycja sowitej rekompensaty za opuszczenie podupadającej mieściny na krańcu świata wywołuje wśród byłych rybaków ogromne poruszenie. Jedynym warunkiem jest jednomyślna zgoda wszystkich mieszkańców na przeprowadzkę. Plany sąsiadów krzyżuje Moses Sweetland, emerytowany latarnik uparcie sprzeciwiający się opuszczeniu ukochanej wyspy. Gdy zbliża się termin ostatecznej decyzji, narastająca niechęć mieszkańców Chance Cove daje Sweetlandowi podstawy do obaw o własne życie. Splot konfliktów, tragedii oraz wciąż żywych bolesnych wspomnień popchnie go do szalonego postanowienia, w wyniku którego świadomie skaże się na nieodwołalną izolację…
źródło opisu: okładka

Sweetland zainteresowało mnie już w czasie przeglądania majowych zapowiedzi. No ale jak to u mnie bywa: dobrze zapowiadających się książek pojawia się zbyt wiele, więc dość szybko o tej zapomniałam. Ale gdy pod koniec października zobaczyłam ją na półce z nowościami w bibliotece, wzięłam w ciemno. I nie pożałowałam.

Sweetland zostało wewnątrz podzielone na dwie części: Królewski Tron oraz Dom Latarnika. I nie jest to bynajmniej rozdział przypadkowy, gdyż te połowy różnią się od siebie niemal wszystkim. Z początku otrzymałam to, czego oczekiwałam: niespieszne opisy życia na wyspie, trochę miejsca poświęconego każdemu mieszkańcowi, a wszystko doprawione strawną dawką pieprznego humoru. I to by w zasadzie mi wystarczyło. Nie potrzebuję szybkiej akcji (nie znajdziecie jej na pewno) i tutaj chyba nie dało się zastosować niczego innego niż właśnie to leniwe tempo. Momentami robi się nawet nudnawo. Autorowi jednak zawsze udaje się z tego wybrnąć, zazwyczaj dzięki retrospekcji. To kolejny powód, przez który książki nie czyta się szybko... ale od pewnego momentu wciąga ona do ostatniej literki.

Od tego momentu będę balansowała na granicy spoileru. Po ponownym przejrzeniu stwierdzam, że chyba jej nie przekroczyłam. Moim zdaniem nie da się jednak w pełni wyjaśnić geniuszu tej pozycji, nie odwołującej do jej drugiej połowy. Zapoczątkowuje ją tragedia, która odziera Sweetland z resztek sielankowości i zmienia światopogląd głównego bohatera o sto osiemdziesiąt stopni. Niewyróżniająca się historyjka o starym pryku niepotrafiącym wyobrazić sobie życia gdzie indziej przekształca się w głęboki dramat psychologiczny. Nagle ważny staje się średnio eksponowany wątek pogróżek, a czytelnik przestaje rozpoznawać, co jest obiektywnym faktem, a co dzieje się wyłącznie w głowie Mosesa. Dzielimy z nim całą samotność, kiełkujące szaleństwo i wszystkie demony przeszłości. Powieść zaczyna uwierać, lecz jednocześnie nie pozwala odłożyć finału na następny dzień. I tego samego wieczora z wysuszonymi na wiór oczami dochodzimy do punktu kulminacyjnego i kończymy książkę z poczuciem zagubienia, absolutnej pustki w głowie i zwyczajnej niewiedzy. Wymęczeni psychicznie możemy czuć się oszukani. Aczkolwiek część czytelników na pewno przyzna mi rację, że wraz z wyjaśnieniem wszystkiego, powieść traci połowę swojej siły rażenia.

Czytając Sweetland, ani na moment nie oddalamy się postaci Mosesa Sweetlanda. Zaraz na początku, jeden z urzędnik pragnących nakłonić mieszkańców do przeprowadzki, pyta mężczyznę, czy jego przywiązanie do rodzinnego lądu wiąże się ze zbieżnością brzmienia jego nazwiska i nazwy wyspy. Jednak próżno szukać w Sweetlandzie tego typu przemyśleń. To człowiek wrażliwy, ale prosty. Jego prawdziwą głębię i motywacje działań odkrywamy stopniowo, wraz z retrospekcjami, które tworzą sporą część powieści.

Styl autora niezwykle mi odpowiada. Michael Crummey nie bawi się w poetykę, jest drobiazgowy i naturalistyczny w opisach. Jednocześnie potrafi budować emocje czy napięcie. Stworzył powieść wielowymiarową i ambitną, lecz w zupełnie nienachalny sposób. Brakowało mi tego m.in. w prozie jego rodaczki, Alice Munro (o jej opowiadaniach za jakiś czas), która zbyt często zahaczała o pretensjonalność. Tu tego nie znajdziemy.

Dla kogo więc jest Sweetland? Dla wielbicieli otwartych zakończeń, klaustrofobicznych narracji i niespiesznej akcji. Dosyć wąskie grono. Ale jego członkom na pewno się spodoba. Sama zaś nie mogę się doczekać, by sięgnąć po inne książki Crummey'a.

Marre

źródło: podroze.onet.pl
Autor: Michael Crummey
Tytuł: "Sweetland"
Oryg. tytuł: jw.
Wydawnictwo: Wiatr od morza
Tłumaczenie: Michał Alenowicz
Stron: 371
I wydanie: 2014 [PL - 2015]
Gatunek: obyczajowe
Ocena: 8/10

4 komentarze:

  1. Mnie chyba najbardziej poruszyło to, że wszystko, cokolwiek się wydarza na kartach książki, nieuchronnie prowadzi do tragedii. I nic nie można na to poradzić, bo wszystko jest ze sobą tak ściśle powiązane, że nie ma innego wyjścia. To smutne, ale jakże prawdziwe! Polecam książkę również :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam i raczej się to nie zmieni. Nie odpowiada mi tematyka. ;)
    Pozdrawiam. ;>

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie jestem pewna czy należę do tego skromnego grona odbiorców o których piszesz, ale w tej książce jest coś co mnie przyciąga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jesteś na dobrej drodze, bo mnie też bardzo przyciągało i ostatecznie jestem zachwycona :D

      Usuń