środa, 17 maja 2017

David Mitchell "Slade House" | Ci, co wchodzą, lecz nie wychodzą

To jedna z moich ulubionych okładek Uczty Wyobraźni. Idealna. 

Po raz pierwszy David Mitchell (recenzje jego pozostałych książek znajdziecie tutaj) mnie zawiódł. Możliwe, że łapki w tym maczało zbyt długie oczekiwanie na Slade House (przypomnijmy: pierwotnie polskie tłumaczenie miało ukazać się w lipcu zeszłego roku), które rozbudziło moje oczekiwania powyżej rozsądnego poziomu. Ale fakt pozostaje faktem. Mimo że Slade House jest naprawdę porządną powieścią grozy, to jednak mnie niczym nie zachwycił.


Ci, co wchodzą, lecz nie wychodzą

Stary, olbrzymi dom w ciasnym zaułku. Dom, który otwiera się raz na dziewięć lat, żeby wpuścić jedną, konkretną osobę. I już jej nie wypuścić.

Na tym schemacie opiera się cała fabuła. Już od pierwszych stron czujemy, że coś/wszystko jest nie tak i zostajemy całkowicie pochłonięci przez niepokojący klimat. Nie sięgam często po literaturę grozy, ale ubóstwiam wrażenie ciszy przed burzą towarzyszące jej lekturze. I Mitchellowi udało się jego odtworzenie, dołączając tym samym horror do sporej liczby gatunków, które mu wychodzą. (Nie żeby jakieś nie wychodziły. Po prostu jeszcze chyba nie wszystkich użył).

Slade House to kolejna książka z charakterystyczną dla Mitchella konstrukcją fabuły: następującymi po sobie narracjami różnych bohaterów, łączącymi się jednym elementem (tym razem właśnie tytułowym Slade House). Jest ich pięcioro, każdy występuje w innym cyklu, od 1979 do 2015 roku. Każdy wchodzi do Slade House z własnymi problemami i doświadczeniami, które odgrywają ważną rolę w przebiegu wizyty.

Musi ona bowiem odbyć się według pewnego schematu. Bardzo podoba mi się ten pomysł - nadaje smaczku i gdy wiemy, czego oczekiwać, zaczynamy zwracać większą uwagę na detale. Jednocześnie schemat ten rozgrywany jest bardzo różnorodnie; bliźnięta dostosowują każdy epizod do swojego gościa. Wszystko to buduje naprawdę wspaniałą atmosferę.


Slade House a Czasomierze

Akcja rozgrywa się w świecie poprzedniej powieści autora, czyli Czasomierzy (recenzja tutaj). I to od początku wydawało mi się świetnym pomysłem. A mianowicie dlatego, że wątek paranormalny był najsłabszym elementem tamtej książki. Gdzie sens, gdzie logika? Wątek odwiecznej walki horologów z anachoretami nie był taki zły, ale dużo słabszy od pozostałych i zwyczajnie do nich nie pasował. Natomiast w konwencję grozy mógł się wpisać i wpisał się idealnie.

Przy czym mam problem z oceną powiązań między książkami. Jak zwykle u Mitchella pewne postaci są wspólne lub, częściej, tylko delikatnie wspomniane (choć, niestety, jakoś nie zauważyłam odwołań do pozostałych książek. A specjalnie ich nie pilnowałam :<). Bo znając Czasomierze, od początku niemal wiemy, o co właściwie chodzi. I mimo że nie przeszkadza to w poczuciu atmosfery, to jednak psuje sporą część zabawy. Co więcej: gdy widzimy, kto jest bohaterką części ostatniej, znamy zakończenie. Którego charakteru domyślić się można już dużo wcześniej, aczkolwiek wywołuje to efekt jasnowidza. Można lubić to uczucie, ale jednocześnie jest ono trochę złamaniem zasady między pisarzem a czytelnikiem*.

Z drugiej strony mam wątpliwości, czy czytelnik nie znający Czasomierzy i całej podbudówki anachoreci vs. horolodzy doceni należycie szczegóły świata przedstawionego w powieści. Czy cokolwiek zrozumie z obfitych wyjaśnień, czy nie odbierze tego jako klasycznego przedstawienia archetypu walki dobra ze złem. (Nie żeby to nie była walka dobra ze złem. Ale dopiero Czasomierze pozwalają w pełni docenić znaczenie jej dosłowności. Zagmatwane to, lecz nie chcę zaspoilować dwóch książek równocześnie. To by było złe do potęgi).

Tutaj pojawia się pewien problem, który wyjątkowo mnie raził. Bowiem wszystkie szczegóły poznajemy w wyniku podzielonej ekspozycji. I to ekspozycji wyjątkowo nieudolnej. (Nie wierzę, że używam tego określenia w stosunku do Mitchella. Nie chcę tego robić ponownie). Kojarzycie te sceny, kiedy złoczyńca, zanim zabije tego dobrego, przedstawia całą swoją motywację? (To nie jest spoiler). To jest właśnie ten typ ekspozycji. Co więcej bliźnięta wydają się rozmawiać o sprawach dla siebie oczywistych chyba tylko po to, aby zrozumiał je czytelnik. Irytujące.


Rozrzedzony Mitchell?

No i pozostał jeszcze jeden, ostatni problem ze Slade House. Otóż dwoma z wielu powodów, dla których pokochałam książki Davida Mitchella, są jego bogaty styl oraz talent do przedstawiania ogromu problematyki przy minimum środków. Jak w Czasomierzach, gdzie w pojedynczej wizji udało się sugestywnie przedstawić dramat Aborygenów, a w innym miejscu, przy okazji wesela, dokonać dogłębnej, pełnej empatii analizy wojny w Iraku. Tutaj tego zabrakło. Owszem autor porusza takie problemy jak wpływ rozpadu małżeństwa na dziecko czy trudność w odnalezieniu się w społeczeństwie, lecz nie pogłębia tych tematów.

Postacie nakreślone są naprawdę dobrze, ale bez jakichś fajerwerków; to samo tyczy się stylu. Jakby charakterystyczne dla twórczości autora cechy zostały rozrzedzone. Co więcej nawet, tłumaczenie wydaje się dobre*. Straszne. Być może to kwestia objętości. Może autor nie czuł się komfortowo w krótszej formie. A może to tylko ja staram się go usprawiedliwić.

Mimo wszystko, jeśli oderwać Slade House od reszty twórczości autora, pozostaje on porządną powieścią grozy. Ja jednak zamiętam ją jako najsłabszą i najmniej satysfakcjonującą powieść w jego dorobku. Bo nawet w Widmopisie, gdzie niejednokrotnie zwyczajnie przynudzał, czułam, że to on. A tutaj nie do końca.


Marre


PS. Błagam, jeśli kogoś Slade House rozczarował (a spotkałam takie głosy), to niech nie przekreśla autora. Błagam.


*O której w tejże książki Mitchell wspaniale pisze: Pani Todds, moja nauczycielka angielskiego, z miejsca stawia niedostateczny, kiedy ktoś na końcu pisze "Obudziłem się i to był tylko sen". Mówi, że to złamanie umowy między czytelnikiem i pisarzem, że to tania sztuczka, nadużycie zaufania.

**Mitchell chronicznie przerasta polskich tłumaczy. Nigdy nie byłam w pełni zadowolona z przekładów.


Autor: David Mitchell
Tytuł: "Slade House"
Oryg. tytuł: "Slade House"
Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni

Wydanie: MAG, 2017
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Stron: 188
Rok I wydania: 2015 (PL - 2017)
Gatunek: horror

Werdykt: polecam - nie polecam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz