poniedziałek, 7 grudnia 2015

Rick Riordan - MIECZ LATA | Rozrywka na poziomie


Magnus Chase nie jest typem grzecznego chłopca. Od strasznej nocy przed dwoma laty, kiedy mama kazała mu uciekać, a potem zginęła, żyje samotnie na ulicach Bostonu. Przetrwał dzięki sprytowi i inteligencji, będąc zawsze o krok przed policją i kuratoriami.

Pewnego dnia Magnus dowiaduje się, że ktoś jeszcze usiłuje go znaleźć – wuj Randolph, człowiek, przed którym mama zawsze go ostrzegała. Kiedy usiłuje przechytrzyć wuja, wpada prosto w jego łapy. Randolph zaczyna mu opowiadać coś, co brzmi jak brednie o skandynawskiej historii i dziedzictwie Magnusa – zaginionej od tysięcy lat broni.

Coraz więcej elementów układanki zaczyna się jednak składać w sensowną całość. Z zakamarków pamięci Magnusa powracają powieści o bogach Asgardu, wilkach i Ragnaröku – dniu sądu. Ale Chase nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, ponieważ świat zostaje zaatakowany przez ogniste olbrzymy i Magnus musi wybrać między własnym bezpieczeństwem a życiem wielu niewinnych ludzi.

[źródło opisu: okładka]

Z początku nie miałam wcale ochoty sięgać po Miecz lata. Raz, że z każdą kolejną książką Rick Riordan udowadnia, że wpadł kiedyś na jeden wspaniały pomysł z półbogami we współczesnym świecie i teraz do końca życia będzie dopasowywał go do kolejnych mitologii. Nie wiem, jak innych, ale mnie momentami dość mocno to irytuje. Po drugie i najważniejsze mitologia nordycka należy do moich ulubionych. Głównie ze względu na większą dwuznaczność moralną niż gdzie indziej oraz brutalność. Na kulturę europejską miała niemal tak dużo wpływ jak grecka, ale jest on znacznie subtelniejszy. Zastanawialiście się kiedyś na etymologią niektórych angielskich słów, np. nazw dni tygodnia (friday - dzień Frei itd.) czy związkiem piekła z nordycką boginią podziemia Hel? Ciekawe, ile magisterek napisano na ten temat. I nagle słyszymy, że ktoś chce przerobić to na na młodzieżową papkę. (Bo książki Riordana zawsze będą jednak papką, choćby nie wiem, jak smaczną). Można się zjeżyć, a nawet powinno się. Lecz mimo wszystko jakoś nie mogłam po Magnusa Chase nie sięgnąć. I chociaż raz nie dostałam drzwiami po łapkach.

Pierwszą miłą niespodzianką był powrót Riordana do narracja pierwszoosobowej. Zastosowanie trzecioosobowej było dla mnie największym (chociaż nie jedynym) błędem w Olimpijskich herosach, gdyż autor w ogóle nie ogarnia podstawowych zasad nią się rządzących i nie potrafił wykorzystać zalet. No ale teraz wracamy do pierwszoosobówki i można się nieco pozachwycać. Narracja Magnusa Chase'a jest świetna: zabawna i dynamiczna. Rozdziały są krótkie, o intrygujących tytułów i zawsze "ucięte" w odpowiednim momencie. To, połączone z typową dla tego autora szybką akcją i prostym językiem balansującym na poziomie bólu zęba, sprawia, że czyta się naprawdę sprawnie.

Fabuła i bohaterowie jak zwykle niczym się nie wyróżniają, więc i o czym pisać nie ma. Za to warto wspomnieć o pomysłach Riordana. Nie wszystkie mi tak do końca odpowiadały. Zakochałam się w Thorze obdarzonym tendencją do gubienia młota oraz Odynie rozkminiającym smartphony i trening motywacyjny. Podobał mi się również pomysł walkirii-muzułmanki. (No dobra, religijnie to mało muzułmańskie było, ale kulturowo już bardziej i brawo za brak demonizowania islamu). "Wąty" jednak mam, głównie do przedstawienia Walhalli. A raczej do równouprawnienia w niej panującego. Wszędzie, gdzie czytałam (+ obłędne Morze trolli, gdzie ciekawie wykorzystano ten wątek), wzmiankowano o tym, że choć trafiali tam zarówno wojownicy, jak i wojowniczki, to te drugie zaledwie... usługiwały mężczyznom. Riordan najwidoczniej nie miał ochoty na zabawy tym motywem i zupełnie go pominął. Krwiożercy Ratatosk też mnie jakoś nie przekonuje. A tutejszy Loki plasuje się bardzo daleko od podium w klasyfikacji najlepszych wersji naszego ulubionego boga kłamstwa.

O Mieczu lata nie sposób pisać dużo. Wystarczy stwierdzenie, że to nieźle zrobiona, porządna rozrywka. Nie wyróżnia się spośród innych książek autora, ale trzyma poziom. Można miło spędzić te dwa, trzy dni. Fanów pisarza powieść nie zawiedzie (szczególnie, że przygotowano dla nich specjalne smaczki), ale nowi czytelnicy niech sięgną raczej po Percy'ego Jacksona.

Marre

Autor: Rick Riordan
Tytuł: "Miecz Lata"
Oryg. tytuł: "The Sword of Summer"
Seria: "Magnus Chase i Bogowie Asgardu"
Wydawnictwo: Galeria Książki
Tłumaczenie: Agnieszka Fulińska
Stron: 512
I wydanie: 2015 [PL - 2015]
Gatunek: urban fantasy dla młodzieży
Ocena: 6,5/10

2 komentarze:

  1. Jako fanka Ricka Rirdana po prostu nie mogę przejść obojętnie obok tej opinii. To nie tak, że cały czas tylko półbogowie greccy i rzymscy, bo pojawilili się również magowie w Kroniki Rodu Kane. Jasne, o półbogach napisał dziesięć książek + pięć uzupełnień, ale wiele osób pragnie dopowiedzeń i wyjaśnień, a choć ja do takich osób nie należę (uwielbiam te małe słodkie tajemnice, które niegdy nie zostaną wyjaśnione) rozumiem te osoby. Jeszcze jedną godną uwagi rzeczą jest to, że pisze i potrafi wymyślić coś nowego, a nie, że napisał jedną wspaniałą serię i dalej nie pisze, bo zwyczajnie nie ma pomysłów lub mu się nie chce. Riordan jest świetnym autorem i gdyby nie on, prawdopodobnie obecnie nie czytałabym książek w ogóle.
    "Miecz lata" mnie... pochłonął. Uważam, że postacie są ciekawe. Spodobało mi się zupełnie inne wyobrażenie krasnoluda i elfa. Również więź między Ann i Magnusa jest interesująca. Są zupełnie różni, a jednak potrafią się dogadać. Może Annabeth zakochała się w Percym, bo z zachowania i charakteru był podobny do Magnusa? Loki według mnie jeszcze będzie kilkuwymiarową i zniewalającą postacią, tylko tylko trzeba poczekać na drugą część :) Nie zawiodłam się na książce, tym batdziej, że czekałam na nią od kiedy się dowiedziałam, że będzie. Gdy zobaczyłam ją na Targach Książki w Krakowie od razu ją kupiłam, bez sekundy zastanowienia.
    Trochę się rozpisałam :) Zapraszam do mnie: zanimdorosne.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobra, trochę uprościłam, bo zgarnęłam magów z Kronik Rodu Kane do jednego worka z półbogami. Ale czy nie uważasz, że i tak opierają się na podobnym schemacie? A z tym pisaniem czegoś nowego, to znalazłaś moją opinię w recenzji - mimo pewnych różnic swoje serie Riordan oparł na takiej samej bazie, nie da się zaprzeczyć.

      Co do krasnoluda i elfa... Ten obraz mrocznego elfa mnie zniszczył, ale to osobna historia. Nie podkreślałabym też aż tak więzi Annabeth i Magnusa, bo w końcu nie widzieli się przez zbyt wiele lat, by ta znajomość miała na nich większy wpływ :)

      Nie zaprzeczyłam też, że czyta się dobrze - to bardzo przyjemna lektura, fanów nie zawiedzie. Po prostu uważam, że przygodę z Riordanem najlepiej zacząć od Percy'ego.

      Usuń