sobota, 8 lipca 2017

Andrius Tapinas "Wilcza godzina" | Mało dobrego


Ci z Was, którzy śledzą mój fan page, kilka dni temu czytali... dziwne rzeczy. Jednego dnia zachwycałam się czytaną wówczas Wilczą godziną, by 36 h później wzdychać, jak bardzo zmuszam się, by nie rzucić jej w kąt. I niestety droga od jednego stanu do drugiego okazała się bardzo prosta. Zapraszam na szczegóły.

Wilno A.D. 1905

37 lat temu w świecie, którego oblicze odmieniły dokonania alchemii, pod egidą rodziny Rothschildów został utworzony Alians: związek wolnych miast złożony z Wilna, Rewla (współczesnego Tallina), Krakowa, Pragi oraz Konstantynopola. Teraz są one kosmopolitycznymi ośrodkami rozwoju nauki i techniki, a w Wilnie ma się odbyć szczyt z udziałem reprezentantów światowych mocarstw.

W książce mamy kupę bohaterów, ale oto kilka głównych wątków: dowódca Legionu (ichniej policji), Antoni Srebro, prowadzi śledztwo w sprawie dziwnego morderstwa; ścigana przez lożę Wskrzesicieli młodziutka Miła ucieka do rodzinnego Wilna; brytyjski kadet litewskiego pochodzenia, Edward O'Braitis (to tak idiotyczna... transliteracja? nazwiska Abraitis, że aż przy pierwszym spotkaniu mnie przytkało) dostaje swój pierwszy przydział na sterowiec lecący do Wilna, a pewne osoby mocno starają się, aby szczyt okazał się gigantyczną katastrofą.

na osłodę: zdjęcia (i ta jedna rycina ;)) Wilna z pierwszej i drugiej dekady XX w. ze zbiorów Polony


O bohaterach i intrydze

To jeden z tych przypadków, gdy konieczna jest opowieść o mojej reakcjach na powieść. Zaczęło się naprawdę świetnie, nawet pomimo idiotycznego błędu rzeczowego na wstępie (o którym za chwilę). Andrius Tapinas pisze naprawdę plastycznie i w ciągu zaledwie jednego rozdziału odmalował charakter Wilna oraz jego poszczególnych dzielnic. Dalsza część fabuły była może trochę naiwna i sztampowa, ale dynamiczna i śledziłam ją ze sporym zainteresowaniem.

Tyle że, gdy wyszliśmy z fazy zarysowywania poszczególnych wątków, wszystko zaczęło się sypać. Zacznijmy od bohaterów. Narracji jest zwyczajnie strasznie dużo. Jednak to nie ich liczba bezpośrednio powoduje problemy, ale samo ich wykorzystanie. O wszystkim dowiadujemy się zbyt szybko i zbyt łatwo. Najlepiej widać to na przykładzie wątku O'Braitisa. Mamy jego "kolegę" ze szkoły, Charlesa Finleya (odmieniajmy to niepoprawnie jak w powieści), który dotąd go gnębił, a nagle zaczyna zachowywać się jak przyjaciel. Nasz bohater jest dobrym człowiekiem i uznaje, iż tamten chciał się po prostu popisać przed swoimi bogatymi kumplami, i mu przebacza. (Tak, jeden z nich to standardowy rozwydrzony paniczyk, a drugi - biedak, który ciężką pracą spełnia swoje marzenia). Tyle że my doskonale wiemy, co się stało Finleyowi i w związku z tym ta intryga w ogóle nas nie interesuje. Ciekawsze byłoby poprzestanie na narracji z punktu widzenia O'Braitisa. Ale ono nie następuje.

I tak wygląda większość intrygi w powieści. Nie czekamy na ujawnienie prawdy, a wyłącznie jej szczegółów lub ostatecznego efektu działań, co zabija wszelkie napięcie. Poza tym, jeśli chodzi o całokształt, to Wilcza godzina cierpi na częsty syndrom wśród pierwszych tomów serii: przedstawione w niej wydarzenia nie są aż tak znaczące i stanowi ona wyłącznie zarysowanie linii konfliktów oraz wstęp do kolejnych części.


Ale miałam pisać o bohaterach. Są niezwyyykle schematyczni. I znowu: gdyby zredukować ich liczbę, to może gdzieś między wierszami dałoby się naszkicować jakieś ciekawe charaktery. O O'Braitisie i Finleyu już pisałam. Srebro jest ciekawy... potencjalnie. Bo jako legat służy nie tyle prawu (które w ogóle w Aliansie zdaje się wiele nie znaczyć, jakby to średniowiecze było), co porządkowi. Ale w rezultacie okazuje się po prostu tym typkiem, który jako impulsywny i za nic mający sobie zasady (w końcu to on je stanowi, huh?) dużo ryzykuje, robi rzeczy, których nie powinien i w rezultacie... Zostaje zawieszony za walnięcie publicznie prowokującego go protestującego (którego nie żałujemy, bo był przekupiony), mimo że w międzyczasie robił "gorsze" rzeczy. W tym miejscu nasuwa mi się skojarzenie z bohaterką innej wydanej przez SQN steampunkowej (no dobra: clockpunkowej) serii, trylogii Wojen alchemicznych. Berenice zachowuje się podobnie jak Srebro, tyle że... nikt nie udaje, że to jest super. I ona ponosi konsekwencje swojego postępowania. W przeciwieństwie do naszego legata.

A teraz moja ulubiona część: KOBIETKI. Zgadnijcie: czy Wilcza godzina zdaje test Bechdel? Z tego, co zauważyłam, to nie. Mamy jedną ważniejszą postać kobiecą, Miłę, która paradoksalnie, mimo że mocno schematyczna, jest jedną ze spójniejszych w powieści. Ot, taka genialna młoda dziewczyna, która jednak jest młodą dziewczyną i, ciągle uciekając, czuje się samotna. Nie jest to szczyt kreacji, ale trzyma się kupy. Tyle że Miła nie robi nic, czego nie przewidziałby schemat postaci kobiecych w powieściach przygodowych/akcji.To samo tyczy się pozostałych bohaterek. Miła może i ratuje miasto, ale robi to dzięki INTUICJI. Powinni zakazać tego motywu, bo jest oparty na tak starożytnym i jednocześnie nierealistycznym stereotypie, że żołądek mi się w brzuchu przewraca. W tle mamy 1) tę wspaniałą kobietę, która pracuje w sierocińcu i jest tak dobra i jest ukochaną silnego męskiego bohatera 2) kochankę jednego z tych złych oraz tajną agentkę (niektórzy chyba myślą, że to jedyny typ silnej kobiecej osobowości, który mieści w konwencji) oraz 3) lokalną piękność, która oszalała po śmierci/zaginięciu ukochanego i teraz jest tą miłą wariatką, która widziała "ważną rzecz". O standardowym totalnym olaniu konwenansów epoki nie chce mi się po raz kolejny pisać. Może nie powinnam tak się oburzać, skoro zła kreacja dotyczy obu płci, ale jednak to w przypadku kobiet przyjmuje postać mocno seksistowską. Meh.



O świecie przedstawionym i błędach rzeczowych

Dobra, ale przejdźmy wreszcie do najważniejszego, moim zdaniem, problemu powieści. Zbyt luźnego podejścia autora do epoki i BŁĘDÓW RZECZOWYCH. Taaak, będę je wypisywać. Z komentarzem. Jakaś przyjemność mi się należy.

Ale po kolei, czyli od rzeczy najmniej rażących. Zastosuję tutaj zasadę "konia pijącego morską wodę" (chamskie zgapienie od Moreni, która pisała o tym tutaj). To znaczy: jeśli w powieści fantastycznej nie zostało powiedziane, że dana rzecz wygląda/działa inaczej niż w rzeczywistości, to... działa jak w rzeczywistości. W historii alternatywnej, którą jest właśnie Wilcza godzina, nabiera to jeszcze większego znaczenia. Bowiem jeśli nie napiszemy, iż czynnik zmieniający historię wpłynął w określony sposób na dany element życia codziennego, to w domyśle wygląda on tak samo jak w odpowiadającym mu okresie naszej historii. W sumie logiczne. I uważam ten wpływ za clue oraz główną radochę związaną z wymyślaniem historii alternatywnej. Ale Andrius Tapinas chyba nie podziela mojego zdania.

Ma bowiem do historii stosunek bardzo luźny. Zacznijmy od samego pomysłu Aliansu, który z początku wydał mi się niezwykle pomysłowy jako skupiający wielokulturowe miasta będące pod okupacją obcych krajów. Czyli Wilno, Rewel, Kraków i Praga. Problem stanowi Konstantynopol, który ciężko zaliczyć do grupy poprzednich jako stolicę Imperium Osmańskiego. Zachodzę w głowę, dlaczego w ogóle Turcy zgodzili się oddać jego część Aliansowi? Miasta tak ważnego kulturowo i strategicznie dla ich państwa?


Drugi problem to kosmopolityzm Wilna. Od początku autor podkreśla jego wielonarodowość, tyle że... w ogóle jej nie czuć. Nie wierzę, że, chociażby, przy skomplikowanej relacji polsko-litewskiej aż tak pokojowa koegzystencja byłaby możliwa. Napisałam: koegzystencja? W kontaktach między bohaterami w ogóle nie czuć różnicy, czy należą do tej samej nacji, rasy i religii. To nierealistyczne! Że o utopijnym braku antysemityzmu, który na początku XX wieku miał się świetnie, nie wspomnę. Czy wszyscy ludzie chcieliby mieszkać w mieście zarządzanym przez ŻYDÓW, nawet jeśli uwolniliby to ich od zaborcy? Byłoby miło, ale nie sądzę. Jakiekolwiek antagonizmy pojawiają się tylko raz i to w absurdalnej formie litewskiej nacjonalistycznej organizacji Promiennych, którzy potrzebni są chyba tylko po to, aby wywołać ważną dla fabuły awanturę w karczmie.

A propos absurdalnych ugrupowań. Mamy coś takiego, jak Rycerzy Katedry. Gości przebrani w stroje rycerzy, którzy bronią moralności pod przywództwem proboszcza katedry, prałata Masalskiego. Tak, to jest tak tragikomiczne, jak to sobie wyobrażacie. I tak się prezentuje niestety całość religii w utworze. Swoją drogą, prałat Masalski jest radnym (rada miejsca przypomina coś w rodzaju rządu eksperckiego). I tu pojawiło się moje pytanie. Macie katedrę. Co zrobiliście biskupowi wileńskiemu?!

To chyba wszystkie większe nieścisłości świata ogółem. Przyszła pora na konkretne błędy rzeczowe. Część z nich mógł popełnić tłumacz, ale części na pewno nie. Zabawne, że w większości odnoszą się do Polski, a książkę wydano w Polsce i nie zwrócono na nie uwagi. Tj. może zwrócono, ale nie zaznaczono ich nawet. Rozumiem problem pojawiają się, gdy zakupiona przez wydawnictwo powieść ma tego rodzaju byki. Nie wiadomo, czy poprawiać czy zostawić... Moim zdaniem złotym środkiem byłoby oznaczenie ich w jakiś sposób. Ignorowanie zdecydowanie nigdy nie jest wyjściem.


Ale po kolei. Zaczynamy już po kilku stronach od wysokiego C. Kraków, który i tak uznaje się za wolne miasto. (s. 18) Nadmieńmy, że rozmowa toczy się w 1870 roku. Prawdę mówiąc, gdy wspomniano o wolnym mieście, nie pomyślałam od razu o Rzeczypospolitej Krakowskiej. Może dlatego, iż "zlikwidowano ją" w 1846 roku, czyli... 24 lata wcześniej, i w czasie wypowiadania tych słów jej teren stanowi normalną część Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Ale czy aby na pewno tego kraju? Bo gdy na stronie 402 wspominane są zależności pomiędzy miastami Aliansu a otaczającymi je mocarstwami, to Kraków [przypisany jest] do Niemiec. Widzicie, ile rzeczy można się dowiedzieć o własnym kraju! Druga grupa błędów, to te, w których równie dobrze mógł nawalić tłumacz, czyli nieadekwatne określenia. Tak więc Srebro goni ulicami Wilna dwumiejscowym dyliżansem (s. 387). Mój mózg w pierwszej chwili zignorował przymiotnik i skupił się na obrazie takiej landary pędzącej wąskimi uliczkami. Ubaw po pachy. A tak serio: 1. z definicji dyliżans jest duży i nie może być dwumiejscowy, bo nie byłby dyliżansem 2. dyliżanse nie jeździły po mieście 3. w czasie akcji nie jeździły już nigdzie. Co zabawne wystarczyłoby zamienienie tego słowa na "powóz", ale do końca sceny idziemy w zaparte z "dyliżansem". Ponadto w innym miejscu dyżurni z wieży nawigacyjnej doskoczyli do binokli (s. 408). Sądziłam, że ludzie zatrudnieni na tym stanowisku powinni mieć dobry wzrok, co najwyżej posiadać LORNETKI, ale najwyraźniej się myliłam. Poza tym w powieści znajdziemy dwie sceny ubierania, w których autor używa sformułowań takich jak sukienka o szerokiej spódnicy, dając swoim poziomem "nomenklatury" świadectwo całkowitej ignorancji. Szczególnie zastanawia mnie owa szerokość. Biorąc pod uwagę, że ówczesne suknie wyglądały mniej więcej tak (specjalnie wybrałam taką bardzo rozszerzającą się ku dołowi), a szeroka spódnica w moim wyobrażeniu - tak, to zastanawia mnie, o co chodziło Tapinasowi. Poza tym słowem nie wspomina o gorsetach i uważa, że normalnym byłby zakup gotowej luksusowej sukni (s. 198). Zamiast pisać o rzeczach w zasadzie zbędnych i do tego takich, na których się nie zna, mógł się skupić na przykład na roli kobiet w społeczeństwie Aliansu. Ale niestety tego nie zrobił.



***

Chciałabym móc powiedzieć, że gdyby lepiej zadbać o warstwą merytoryczną, to byłaby to dobra książka. Ale musiałabym skłamać. Plastyczne opisy, dobry styl oraz ładny, acz mało oryginalny, świat nie wystarczą. Przy Wilczej godzinie nawet dość mocno krytykowany przeze mnie Adept wypada świetnie. Nie ma sensu czytać tej książki, zwłaszcza że na półkach księgarni znajdziemy wiele powieści w tej samej konwencji, a o niebo lepszych, choćby nasze rodzime Czterdzieści i cztery, które polecam przy każdej okazji. Smutno mi, że Wilcza godzina okazała się na Litwie bestsellerem, bo albo świadczy to o niesamowicie przesadzonej akcji promocyjnej, albo o złym guście Litwinów. (W ogóle smutno mi, że moje pierwsze spotkanie z literaturą litewską okazało się dnem). Nie polecam.


Marre


Mimo wszystko za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie wydawnictwu Sine Qua Non.


PS. Ale jak na SQN naprawdę dobra korekta. Trzymam kciuki za dalszy taki stan rzeczy.

PS2. Jakby co: nie jestem żadnym historycznym geekiem (co najwyżej sukienkowym...). Po prostu myślę i mam dostęp do Wikipedii.

PS3. Napisałam ostatnio średnio pochlebną recenzję Długiego kosmosu, napisałam to i jestem w trakcie również mało pozytywnego felietonu o Upiorze w operze. Nawet nie wiecie, jak bardzo marzę, żeby napisać o czymś dobrym. Przekroczyłam limit sarkazmu na cały miesiąc.


Autor: Andrius Tapinas
Tytuł: "Wilcza godzina"
Oryg. tytuł: "Vilko valanda"
Cykl: "?" (tom 1/4)
Seria: Imaginatio
Wydanie: Sine Qua Non, 2017
Tłumaczenie: Laurynas Candravičius
Stron: 476
Rok I wydania: 2013 (PL - 2017)
Gatunek: steampunk
Werdykt: nie polecam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz