niedziela, 10 maja 2015

[124] Andy Weir - MARSJANIN | Robinson Cruzoe na Czerwonej Planecie

Autor: Andy Weir
Tytuł: "Marsjanin"
Oryg. tytuł: "The Martian"
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Marcin Ring
Stron: 382
I wydanie: 2011 (PL - 2014)
Gatunek: thriller SF
Ocena: 8/10









Kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie. Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze.

Mark Watney nie zginął 6. sola, mimo że oberwał urwaną anteną satelitarną, a jego skafander uległ dekompresji. Nie umarł też w następnych dniach, mimo że jego załoga odleciała, uznając go zmarłego. Teraz musi przeżyć. Przeżyć bez kontaktu z Ziemią i z zapasami żywności oraz wody, które z pewnością nie wystarczą do czasu przybycia kolejnej misji. Rozpoczyna beznadziejną walkę z samym sobą, nieprzyjazną planetą oraz sprzętem NASA, który może okazać się jego ostatnią nadzieją.

Jakiś czas temu o Marsjaninie było naprawdę głośno. Sama przymierzałam się do zakupu, ale... odstraszyła mnie okładka. Nie, nie chodzi mi o tę fantastyczną grafikę i minimalistyczny tytuł, tylko o galaretowatą formę. No dobra, nie jest galaretowata, ale jak chwyci się za grzbiet, to się strasznie wygina na wszystkie strony i majta [nie, nie robiłam takich rzeczy, ale tak to wygląda]. Teraz pożyczyłam od koleżanki i bałam się czytać, żeby czegoś nie pogiąć [ten typ, kiedy lekkie wygięcie, nawet nie zagięcie, przetrzyma wybuch bomby jądrowej]. A tak serio, to przepraszam za wstęp, ale musiałam i błagam teraz wydawnictwo o więcej rozsądku przy kolejnych takich pozycjach.

[Może napiszę opinię klienta. Zabrałem go na powierzchnię Marsa i przestał dzia­łać. 0/10.]

A co do samej treści. To sama nie wiem, czego oczekiwałam. Oceny są wysokie, a recenzje naprawdę pochlebne. Bałam się, że się rozczaruję i choć tak się nie stało, to nie znaczy, że nie mam zastrzeżeń. [Postaram się, żeby nie była to kolejna pozytywna recenzja, w której 3/4 to minusy ;)].

Z góry pozwolę sobie wygadać [choć nie nazwałabym tego spoilerem] - kończy się dobrze. To, konstrukcja fabuły i fakt, że, jakżeby inaczej, planuje się ekranizację, do końca przekonało mnie, że sama historia jest zbyt hollywoodzka. W sensie? Facet ma we wszystkim niesamowitego pecha, ale ze wszystkich opresji wychodzi zwycięską ręką - jak tego nie uwielbiać. Również przeskoki w narracji, o których za chwilę, sprawią wrażenie gotowych do przeniesienia na ekrany. Adaptacja wydaje się zbyteczna. Nieco mnie to raziło, bo nie czuję potrzeby czytania filmów i historia wydawała się przez to mniej realna.

[Mam całkowicie przesrane. To moja przemyślana opinia.]

Wspomniałam o narracji. Otóż rozpoczynając lekturę, sądziłam, że całość będzie składała się z wpisów do dziennika Watneya. Ale nie. Po kilkudziesięciu stronach autor przenosi nas jednak do Houston [nie, nie miasta]. Możemy więc poznawać problem dwutorowo i w ten sposób poznawać pełen obraz, który Weir, nie licząc wspomnianej hollywoodzkiej fabuły, buduje bardzo realistycznie. Z jednej strony [a raczej na jednej planecie] mamy niesamowite pomysły na przeróbki sprzętu NASA [autor chyba miał niezłą frajdę], a z drugiej strony te wszystkie konferencje prasowe i fakt, że ludzkość marnuje miliardy dolców na ratowanie jednej, przeciętnej dosyć osoby. Naprawdę mnie to pochłonęło.

W związku z tym zastanawiam się, jak właściwie zakwalifikować tę powieść. Nazwałam to thrillerem SF, ale tak naprawdę, to gówno prawda. No bo thriller jest średni. Sensacja, jeśli już. I przede wszystkim: czy można nazwać fantastyką coś tak realistycznego? Największe fiction to to, że czytałam kiedyś, że nie posiadamy wystarczających technologii, by astronauci przeżyli promieniowanie podczas podróży na Marsa. No i może to, że dopiero w czasie tłumaczenia książki udowodniono, że w marsjańskiej glebie jest woda [w sumie, zaoszczędziło by to wiele problemów Watneyowi]. I może coś związanego z napędem, ale aż tak się nie znam. To science fiction naprawdę bliskiego zasięgu, takie, w którym człon "science" jest najważniejszy. I za to dziękuję autorowi.

[W kosmosie nikt nie usłyszy, że wrzeszczysz jak mała dziewczynka.]

Teraz chciałabym wbić się trochę w psychikę Watneya. Cholera, naprawdę sądzę, że w trakcie trwania akcji tej książki powinien, ujmując to naukowo, zeschizować. Co innego odporność psychiczna, a co innego półtora roku na planecie odległej od ziemi o kilka minut świetlnych z komunikacją, która pojawia się i znika. Nie wierzę w to! Ale będąc przy głównym bohaterze - kocham jego sarkazm, kocham jego czarny humor. A właściwie sarkazm i czarny humor Weira, bo przymioty te przenikają właściwie wszystkie postacie i jest to jeden z najlepszych elementów tej książki :)

Historię czyta się szybko, język jest inteligentny, a całość naprawdę trzyma się kupy, mimo że w wielu miejscach powinna przestać. Autor wyjaśnia cierpliwie wszystkie naukowe szczegóły, więc nie ma bata, żeby czytelnik nie zrozumiał. Mimo wszystko Marsjanin nie porwał mnie aż tak jak innych recenzentów [sądząc po ich opiniach]. Jest to jednak pozycja naprawdę bardzo dobra i polecam. No i jestem ciekawa, czym autor [TO JEST DEBIUT] nas jeszcze zaskoczy.

Marre

PS. Uff, nie pisałam o samych minusach ;D

źródło: bennitheblog.com



3 komentarze:

  1. Mam ją w planach, mimo, ze recenzje zbiera różne. Jednak jak nie lubię specjalnie tego typu książek, tak ta od początku mnie jakoś zaciekawiła i obiecałam sobie, że przeczytam niezależnie od opinii ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie osobiście zachwyciła, choć też nie oceniłam jej najwyższą notą. Niesamowity jest ten humor, którego nie da się przewidzieć, gdy zabiera się człowiek za czytanie. A "galaretowata" okładka? Ja tam miałam niezły ubaw gdy nią sobie majtałam co i raz, choć muszę przyznać rację, że standardowe okładki sprzyjają wygodzie czytania. :)

    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam ją w planie już od dawna, twoja recenzja w sumie nie ruszyła mojego zapału ani w górę, ani w dół. Kiedyś przeczytam, mam nadzieję, że jak najszybciej :D

    OdpowiedzUsuń