wtorek, 18 lipca 2017

Charles Dickens "Opowieść o dwóch miastach" | O tym, jak rozczarował mnie Dickens

Początkowo nie zamierzałam nic pisać o Opowieści o dwóch miastach. Jak zauważyliście, o klasyce piszę bardzo rzadko, bo i nie czuję się w recenzowaniu jej zbyt wygodnie. Opowieść o dwóch miastach jednak zaskakująco mi się nie podobała i muszę się z kimś podzielić moimi odczuciami. Padło na Was, sorry. Będzie więc tu dużo o moim stosunku do Dickensa i o charakterystycznych cechach jego twórczości.

Styl Charlesa Dickensa jest bowiem bardzo łatwo do scharakteryzowania i rozpoznania. To moja piąta książka autora (po Dawidzie Copperfieldzie, Opowieści wigilijnej, Maleńkiej Dorrit oraz Klubie Pickwicka) i sądzę, że potrafię je wyróżnić dość dobrze. Ale najpierw kapka opisu.

Paryż i Londyn w przededniu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. W tym burzliwym okresie splatają się losy młodego francuskiego arystokraty, starego lekarza więzionego niesprawiedliwie przez osiemnaście lat w Bastylii, jego córki i angielskiego prawnika. Po osiemnastu latach spędzonych w Bastylii doktor Manette wychodzi na wolność. Szczęśliwie, już na angielskiej ziemi, rozpoczyna drugie życie u boku córki Lucie. Tam przecinają się drogi dwóch mężczyzn: zbiegłego z Francji Karola Darnaya i błyskotliwego adwokata Sydneya Cartona, samotnika i pijaka, których połączy miłość do jednej kobiety - córki doktora. Wskutek dramatycznego splotu okoliczności bohaterowie są zmuszeni porzucić spokojne ulice Londynu i przybyć do Paryża pod rządami krwawego terroru. Porwani w wir wydarzeń zostaną poddani ciężkiej próbie.
opis: okładka




Dickensowskie zwroty akcji

Fabuły powieści Dickensa mają bardzo zbliżoną do siebie strukturę: mamy kilka wątków, które, choć czasem przeplatają się ze sobą, idą raczej równolegle, by spektakularnie połączyć się dopiero w finale. Fantastyczne zbiegi okoliczności, przyjaciele z mrocznej przeszłości - to jest to! Cokolwiek niepozornego uczyniłeś, bohaterze Dickensa, wiedz, że nie zostanie zapomniane. Coś takiego mogłoby denerwować i na pewno są ludzie, których właśnie denerwuje. Ale jest to jedna z moich dwóch ulubionych cech prozy tego autora. Nie oczekuję, że będzie realistycznie, a stopień splątania wątków uważam za wyraz czystego geniuszu. Pod tym względem Opowieść o dwóch miastach nie zawodzi. A całości dopełnia równie charakterystyczny styl. Bardzo obrazowy, nie pozwalający na nudę. Przekład Tadeusza Dehnela oddaje go idealnie.


Wspaniali bohaterowie drugoplanowi...

Lub właściwie: bohaterowie charakterystyczni. Dickens miał wielki talent do ich tworzenia, czego najlepszym dowodem jest Klub Pickwicka. Każdy z nich jest w pełni zindywidualizowany, za równo pod względem języka, jak i sposobu bycia. Większość ma mniejszy lub większy rys humorystyczny, co dodatkowo prowadzi do niezwykle zabawnych sytuacji z ich udziałem. Tutaj niezwykle dobrze uwydatnia się w następujących po sobie rozdziałach, Człowieku delikatnym oraz Człowieku niedelikatnym, w którym to dwóch panów, określających siebie w ten sposób wyznaje miłość jednej kobiecie (ale rezultatów owych wyznań Wam nie zdradzę). Wspaniałe jest również małżeństwo pana Jerry'ego Crunchera, czyli "dobrego rzemieślnika", oraz pani Cruncher - kobiety niezwykle pobożnej, która w oczach męża ciągle modli się o jego niepowodzenie. Zresztą rzemiosło Crunchera też takie oczywiste nie jest... ale cichosza!



...i mdli protagoniści

I owi fantastyczni bohaterowie stanowią tło dla... Lucie Manette oraz Karola Darnaya. Do przesady dobrych, uczciwych i w ogóle zasługujących na samo szczęście. Już w Dawidzie Copperfieldzie irytował mnie tytułowy bohater ze swoją przesadną naiwnością, ale tutaj Dickens przeszedł samego siebie. Karola Darnaya jeszcze bym zdzierżyła, ale Lucie jako typowa wiktoriańska kobieta-anioł przyprawia mnie, do bólu współczesną kobietę, o mdłości. I świadomość mentalności epoki w niczym niestety nie pomaga. Warto przy tym zwrócić uwagę, że problem owej jakościowej przepaści między protagonistami a bohaterami tła jest wciąż obecny w literaturze popularnej. Taka już nasza spuścizna po Dickensie.

Ale dla sprawiedliwości należy jeszcze przywołać doktora Manette'a, zawieszonego gdzieś między pierwszym a drugim planem. W jego postaci Dickens niezwykle plastycznie oddał obraz człowieka wróconego życiu, który został pogrzebany na kilkanaście lat, zabrany od żony i nienarodzonej córki, a który teraz musi nauczyć się żyć na nowo, w czym pomaga mu ta ostatnia. Jego tragedia oraz ogrom przytłaczających go traumatycznych wspomnień poraża nas. Jednocześnie Manette nie poddaje się im, do końca walczy i ostatecznie przezwycięża je dla dobra ukochanych osób, gdy wyrusza do znienawidzonej Francji.




A doprawimy to melodramatem!

No właśnie. Wątek ten, choć do pewnego stopnia melodramatyczny, nie razi jednak, bo połączony jest z realistycznym życiorysem doktora. Jednak już we Francji, pod koniec książki, melodramatyzm stanowczo przekracza wszelkie współczesne normy. Składa się na to kilka czynników. Po pierwsze: opisywane wydarzenia są już dramatyczne i potencjalnie wzruszające same w sobie. Po drugie: dotyczą niebudzących w czytelniku sympatii postaci. Po trzecie: te wszystkie zbiegi okoliczności. W sumie daje to wszystko efekt bardzo ciężkostrawny. Zwłaszcza, jeśli od momentu, gdy wątki zaczną się łączyć w całość, zaczniemy domyślać się zakończenia. To nie może być dobre.


Rewolucja pożera własne dzieci

Mieszane uczucia mam również co do sposobu pokazania społeczeństwa francuskiego przed rewolucją. Dickens nie tyle rozmija się z prawdą, co ukazuje jej najbardziej jaskrawe przejawy. Mamy więc okrutną, ekstrawagancką arystokrację oraz ginące pod kołami ich powozów ubogie dzieci. (Dosłownie).

Z drugiej strony jednak autor dość jasno wskazał na rozdźwięk pomiędzy koniecznością zmian a ich rzeczywistym przebiegiem. Nie ulega wątpliwości, iż rewolucja musiała się wydarzyć i miała swoje "usprawiedliwione" przyczyny. Dickens pokazuje nienawiść zrodzoną z egzystencji na granicy ubóstwa. Rewolucjoniści pragną nie tyle sprawiedliwości, co krwi. Madame Defarge z jednej strony budzi obrzydzenie i nienawiść swoim bezmyślnym okrucieństwem oraz zapamiętaniem w zemście, a z drugiej, gdy poznamy jej życiorys, również współczucie. Widzimy, że rewolucyjne wynaturzenia nie wzięły się znikąd. W opozycji do niej staje doktor Manette, rozumiejący, że problem tkwi nie tyle w konkretnych osobach, co w systemie. Dickens, w niemal każdej swojej powieści poruszający tematy biedy, przypomina do czego mogą prowadzić dysproporcje społeczne.

To o tym tratowaniu dzieci mówiłam.



*****

Opowieść o dwóch miastach jest więc powieścią barwną i wartościową, ale moim zdaniem nie zadowoli w pełni współczesnego czytelnika. Nie odradzam jej lektury, ale chcę zwrócić uwagę, iż inne powieści autora zestarzały się znacznie mniej i to po nie warto sięgać w pierwszej kolejności.


Marre


PS. Wydanie Zysku i S-ki to must-have dla miłośników Dickensa. Jest prze-pięk-ne i opatrzone oryginalnymi rycinami, których część możecie zobaczyć w recenzji.


Autor: Charles Dickens
Tytuł: "Opowieść o dwóch miast"
Oryg. tytuł: "A Tale of Two Cities"
Wydanie: Zysk i S-ka, 2016
Tłumaczenie: Tadeusz Jan Dehnel
Ilustracje: H. K. Browne
Stron: 593
Rok I wydania: 1859 (PL - 1928)
Werdykt: polecam - nie polecam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz