wtorek, 11 lipca 2017

Drodzy wydawcy albo o korekcie i redakcji słów kilka



Drodzy wydawcy!

Piszę do Was w ważnej sprawie.

Ja wiem, że wydawnictwo to przede wszystkim biznes. Wszystkie idealistyczne argumenty o popularyzacji dobrej literatury średnio do mnie przemawiają. Owszem, w wielu przypadkach liczy się ona, ale raczej nie na pierwszy miejscu. Ja wiem, że pieniążki muszą się zgadzać, że aby wydać jednego niezrozumiałego dla większości społeczeństwa postmodernistę, trzeba również wydać trzy erotyki z trzema parami w trzech różnych pozycjach na okładce. Ja to wszystko rozumiem.

Ale jak już wydajecie tę książkę. Obojętnie czy pana smutnego postmodernistę, czy gorący erotyk. Nie dałoby się sprawdzić, czy to, co wyszykował nam autor lub tłumacz (częściej ten drugi) nadaje się do czytania? Wbrew pozorom, chociaż wymaga to zainwestowania paru złotych, to opłaci się w przyszłości. Nie wiem czemu, ale ludzie jakoś tak działają, że wolą firmy i marki, które przynajmniej pozornie ich szanują.

Przy czym ja wiem, że dla wydawnictwa załatwienie korekty i redakcji będącej czymś więcej niż nazwiskami w stopce może być problematyczne. Niby słyszeliśmy coś o standardzie potrójnej korekty, ale ja rozumiem, że u nieprzyzwyczajonych może spowodować ona coś na kształt jakościowego szoku. Dlatego mnie na początek absolutnie zadowoli faza przejściowa. A jeśli wydawnictwo umrze na zawał od przerostu jakości wydawanych pozycji - nawet trwała faza przejściowa.

Oto ona: jako redaktora zatrudnić kogoś w miarę ogarniętego i wykupić mu dostęp do Wikipedii. Oh wait, Wikipedia jest darmowa. To wykupić mu dostęp do Internetu, whatever. A na korektora wybrać jakiegoś spostrzegawczego ludka, który w odpowiednim wieku dobrze opanował język polski. Najlepiej bez dysleksji. (Nawet przy stanie naszej edukacji to nie jest chyba aż tak trudne zadanie). I może jeszcze zapłacić im tak, aby starczyło na coś więcej niż małą kawę w Macu*. Ludzie lubią pracować za przyzwoite pieniądze. Dziwne, ale prawdziwe.

Albo chociaż: niech ktoś tę książkę przed wysłaniem do drukarni przeczyta.

I co Wy na to, drodzy wydawcy?


Marre Czytelniczka


*Artykuł nie zawiera lokowania produktu.

PS. To nie jest w żadnym wypadku list otwarty. To wyłącznie felieton, który przybrał taką formę.

PS2. Nie został on zainspirowany żadną konkretną powieścią ani wydawnictwem. To po prostu suma wielu żalów.

PS3. Wykorzystane pokłady sarkazmu pozostały mi po pisaniu recenzji Wilczej godziny. Ot, dobre wykorzystanie surowców.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz