wtorek, 10 stycznia 2017

Podsumowanie roku, część 2


Jak już wspomniałam na fan page'u, ten post powstawał dwa razy, bo Blogger odwalił porządną kitę. Ale nieważne; może dzięki temu będzie dwa razy lepszy. W tej części podsumowania poznacie drugą dziesiątkę najlepszych tegorocznych premier. Ich recenzje nie ukazały się (dla niektórych: na razie) na blogu, więc przyjrzyjcie się im wyjątkowo uważnie. Znajdziecie tu też najlepszą mangę oraz... najgorszą książkę. Jedną. Tą, o której początkowo pisać nie chciałam, ale... mierziła mnie i po prostu musiałam. Więc smacznego!

(Grafiki/zdjęcia bez podanych źródeł są fragmentami okładek lub kadrami z ekranizacji).



Moja mistrzyni w moim ulubionym uniwersum (no dobra, stworzyła całe dwa uniwersa, ale to i tak jest moim ulubionym ;)) Co tu dużo pisać: klasyka SF, która nie ma szans się zdezaktualizować ze względu na uniwersalność poruszanych tematów. Do tego zwyczajnie ciekawe myśli oraz pomysły fantastyczne. A po pięćdziesięciu latach ze zjadliwością takich elementów może być różni. Tutaj dodatkowo to wszystko mamy pomnożone razy sześć, gdyż tyle powieści zmieściło się w jednym tomie. Czytać, nie umierać!


zdjęcie w tle: polskapogodzinach.pl

Tajemnica domu Helclów oraz drugi tom przygód profesorowej Szczupaczyńskiej to dość średni kryminał. Ale genialny pastisz! Oczarował mnie humor, bardzo adekwatny do epoki styl, kochani bohaterowie i w ogóle profesjonalne podejście do elementów historycznych. Jeśli tylko nie liczy się na wybitny kryminał, to bardzo łatwo się zakochać. Więc uważajcie!



Jest to jedna z powieści tak bogatych, że ciężko mi napisać, dlaczego ją uwielbiam. Prus genialnie oddał mentalność tamtych czasów i stworzył wielu, bardzo różnych bohaterów o bardzo różnych sposobach patrzenia na świat. Cudownie pokazał to, co zawsze mi nie pasowało w konflikcie pozytywizm-romantyzm i romantyzm-pozytywizm: fakt że żaden z tych światopoglądów nie jest kompletny i nie jest w stanie w pełni uszczęśliwić (przynajmniej mi się tak wydawało, ale Prusowi widać też). Rozumiałam Wokulskiego, pokochałam Rzeckiego i nawet Łęckiej szczerze współczułam jako ofierze samej siebie... Głęboka powieść z rodzaju tych, które można czytać po kilka razy i zawsze znajdować coś nowego.



Pełen tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy. Jakby ktoś się zastanawiał, skąd te trzy kropki. Wiersze Juliana Tuwima zna każdy, choćby chodziło tylko o Lokomotywę (nie żebym miała coś przeciwko, bo ją uwielbiam). A jego proza? Cyganka to dla mnie arcydzieło. Inteligentny humor ani odrobinę się nie zdezaktualizował: wciąż bawi do łez (te spojrzenia, gdy dosłownie rżysz w poczekalni do lekarza), a i o międzywojniu możemy wiele się dowiedzieć z tych utworów. Cudo.


obraz w tle: Ships Running Aground in a Storm Ludolf Bakhuizen

Zazwyczaj unikam wszelkich "sag rodzinnych" ze względu na stały zestaw mało dla mnie atrakcyjnych motywów oraz wątków. U Carstena Jensena jest inaczej. Bo to saga rodzinna jedynie częściowo. My, topielcy są swego rodzaju kompilacją różnych gatunków książek: marynistycznych, podróżniczych, wojennych, literatury dziecięcej spod znaków Astrid Lindgren, ale też powieści psychologicznej czy realizmu magicznego. Barwni bohaterowie spajają to wszystko w zgrabną całość, tak że w którymś momencie zaczynasz się cieszyć, że książka posiada aż 800 stron nie za dużym drukiem. Epickie dzieło.


zdjęcie w tle: Ina Andre/Flickr

Co do Rybaków to ich dłuższa recenzja jest już gotowa, więc ciężko mi napisać coś krótszego. To po prostu barwna opowieść (i proces opowiadania jest tu bardzo ważny) o braterskiej miłość, która pod wpływem absurdalnej przepowiedni przemienia się w nienawiść. Historia niczym z greckiej tragedii (tak, naprawdę!) pełna mroku i intensywnych emocji.


grafika w tle: fragment okładki hiszpańskiego wydania

Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna to z kolei zupełnie inna książka niż poprzednia. Również pełna emocji, ale raczej przytłumionych. Niepozorny zbiorek opowiadań, napisanych prostym, ale eleganckim językiem, kryje w sobie niesamowite pokłady smutku oraz melancholii. Lektura pojedynczych utworów działa bardzo depresyjnie, ale po lekturze całości doznałam zaskakującego katharsis. I naszła mnie myśl, że moje życie chyba aż tak złe nie jest.



W zestawieniu tym nie mogło zabraknąć kontynuacji jednej z moich ulubionych książek, Dożywocia (moja recenzja tutaj). Choć Siła niższa z początku wydawała się odstawać poziomem od tomu pierwszego, to po kilku rozdziałach z ulgą odkryłam, że niemal nic się nie zmieniło. Owszem, doszło kilku bohaterów (w tym oddziałów Wehrmachtu na strychu), ale pokłady uroku, ciepła i humoru wcale się nie wyczerpały. Bawiłam się genialnie i chciałabym, aby trwało to dłuuugo.



Najnowsza powieść Jakub Małeckiego (autora bardzo dobrego Dygotu, który również miałam przyjemność czytać w tym roku) urzekła mnie najpierw konstrukcją. Koncept nieco podobny jak u jednego z moich ulubionych  pisarzy, Davida Mitchella. Jedna historia prowadzi do kolejnej, pozornie niezwiązanej, tworząc coś znacznie większego. Jednak mi najbardziej podobała się atmosfera, jaką wprowadza za pomocą swego niesamowicie oryginalnego stylu: klimat marazmu, w głębi którego czai się szaleństwo i mrok.



TAK! WŁAŚNIE PAN TADEUSZ! Całe życie mnie okłamywali: że nudne, że długie opisy, że coś tam, bla, bla bla. A ta książka jest zwyczajnie cudowna! Mickiewicz potrafi w kilku słowach oddać klimat sceny, a za pomocą parunastu wersów buduje już cały wszechświat, nie zahaczając jednak wcale o dłużyzny. Sama zaś fabuła urzeka ciepłem, ale też atmosferą nostalgii. Gdzie trzeba jest śmieszno, a gdzie trzeba - straszno. Zakochałam się niemal od pierwszego wrażenia. (Choć do Mickiewicza-poety i Mickiewicza-dramatopisarza wciąż mam pewne zastrzeżenia).



Hideout jest właśnie wspomnianą najlepszą tegoroczną mangą. Po prostu nokautował przeciwników. Może wedle niektórych to TYLKO komiks japoński, ale tutaj będzie mangą. Najlepszą mangą. Całkowicie urzekł mnie niespiesznie budowanym napięciem, "kadrami", które po przewróceniu strony potrafią przestraszyć, genialną kreską (przykład na załączonym obrazku), ale też zaskakującą głębią psychologiczną. Bo jakkolwiek brutalna nie byłaby fabuła, komiks ten pozostanie historią o potrzebie posiadania bliskich osób. I za to go kocham.


A teraz pora przyszła na nagrodę specjalną dla NAJGORSZEJ książki tego roku. A został nią:


Tak, widzicie dobrze. Żadna z przeczytanych książek nie była aż tak zła. Choć, być może, przesadzam, gdyż nie przeczytałam więcej niż 50 stron. Uznałam, że szkoda na to mojego czasu oraz nerwów. Na początek dostałam jak obuchem w łeb sztucznym stylem oraz beznadziejnymi didaskaliami (nie sądziłam, że można je tak zwalić). A przecież to są główne elementy dramatu! Co do samej fabuły pozwolę sobie zacytować moje trzy bezspoilerowe uwagi, które opublikowałam na LC po zakończeniu lektury:
  • Pochodzenie Scorpiusa - Ta plotka jest tak bardzo idiotyczna! Po co Malfoyowie mieliby coś takiego robić!? Czy ktoś pomyślał, jakie to jest absurdalne?...
  • Nienawiść wszystkich do Albusa - Serio, można kogoś nie lubić. Z różnych powodów. Ale ich tu nawet za bardzo nie ma, o nienawiści nie mówiąc! A na moje oko to właśnie nienawiść jest. Wydaje mi się, że pani Rowling uznała, że Albus po prostu MUSI nienawidzić szkoły. Logiczny powód już mniej się liczy.
  • Serio, pół Hogwartu rozwalone, pół Hogwartu wybite, a wąty między domami wciąż te same -.-

Dobra, koniec tych podsumowań. Co za dużo, to niezdrowo. Od soboty ruszam z postami typowo książkowymi.

Marre

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz