wtorek, 27 czerwca 2017

10+1 lekkich książek na wakacje


Zawsze marzyłam o zrobieniu listy polecajkowej, ale dotąd jakoś nie wychodziło. Jednak teraz wreszcie się zmobilizowałam i oto ona. Całkowicie subiektywna, bo nie zamierzam udawać, że "każdy znajdzie na niej coś dla siebie". Jak dla wszystkich, to dla nikogo. Oto wielka wakacyjna jedenastka!

Dobra, jeszcze chwilę. Czym się kierowałam, kompletując tę listę? Z kwestii technicznych: lekkie książki wakacyjne, jak sama nazwa wskazuje, nie mogą być zbyt grube, coby dało się bez problemu zabrać je ze sobą nad morze, w góry, gdziekolwiek (dlatego tylko jedna ma ponad 500 stron). Ich lektura musi sprawiać frajdę (po prostu uznajcie, że cała jedenastka dostarczyła mi mnóstwa radości). To nie są pozycje ciężkie, poruszające trudne tematy - na ich lekturę mamy wystarczają dużo czasu w roku, więc sobie darujmy. No i muszą być świeże (generalnie nieświeżego nie tykam, czy to żarcie, czy literatura) i niegłupie. Wiecie, że nie znoszę głupich/płytkich/nic nie wnoszących książek i w życiu bym Wam takich nie zaproponowała.

Pierwsza piątka to pozycje fantastyczne, niezawodne do relaksu, ale każda jest inna i za co innego została przeze mnie wyróżniona. Pozostała szóstka należy do najróżniejszych gatunków i światów. Zresztą sami się przekonajcie.

Swoją drogą, dopiero po napisaniu tego posta zorientowałam się, że znalazły się tu tylko pozycje polskie i anglojęzycznego (w stosunku 1:1 + jeden niepasujący dodatek). I uświadomiłam sobie, jak bardzo kraje anglosaskie zdominowały u nas zwłaszcza rozrywkową sekcję literatury przekładowej. (Nie licząc literatury z dziwnych względów nazywanej "kobiecą". Tam egzotyka jest mocno "na propsie"). Smutno mi nieco.

Ale serio, oto wielka jedenastka!

Marre

(Uwaga niektóre zamieszczone przeze mnie linki prowadzą do dość starych recenzji. Za wywołanie raka nie odpowiadam B]).




Przeczytana przeze mnie jako ostatnia z wymienionych, jest rasowym "relaksaczem". Akcja rozgrywa się w 1844 roku w alternatywnej wersji Europy. Główna bohaterka jest weteranką powstania listopadowego, kuzynką Emilii Plater, kapłanką Żmija oraz tajną wysłanniczką Juliusza Słowackiego, a w powieści pojawia się m.in.: gadająca głowa, obrzęd dziadów w czasie rewolucji lutowej czy owadopodobna inteligentna rasa z równoległego świata. A całość w steampunkowej stylistyce. Wszystko to zostało złożone "do kupy" z olbrzymią pomysłowością i efekt końcowy olśniewa. Poza tym znajdziemy tu sporo humoru, oryginalnych bohaterów oraz świetną akcję.




Jedna z moich ukochanych powieści (a właściwie już serii) urban fantasy. Młody pisarz Konrad dziedziczy po dalekim krewnym dom na prowincji, Lichotkę. Rozstawszy się właśnie z dziewczyną, postanawia się do niego przeprowadzić i zacząć wszystko od nowa. Tyle że zapomniał o dożywociu. Czyli grupce bardzo nietypowych lokatorów. To bardzo specyficzna powieść przepełniona toną uroku, arcyciepłego humoru i przydawek, które nie są tak groźne, jak się wydaje. Jeśli z jakichś względów jeszcze po nią nie sięgnęliście - nadróbcie to, bo Wasze życie jest niepełne.




Oto ten jeden z dwóch klasyków na liście. A właściwie 41 klasyków tworzących genialny cykl o Świecie Dysku. Jeśli jeszcze tego nie wiecie, to wiedzcie, iż akcja ich wszystkich dzieje się w świecie o kształcie Dysku (spoczywającego na grzbietach czterech słoni stojących na skorupie żółwia A'tuina płynącego niespiesznie przez Wszechświat), który stanowi... pewne odbicie naszego. Bohaterowie się zmieniają, tematyka się różni, tylko ogólny charakter i niezwykle złośliwy, inteligentny humor pozostają takie same. I co najlepsze: nie trzeba czytać po kolei




Powieść Neila Gaimana, do której mam olbrzymi sentyment. Wedle słów bohatera: W piątek miałem pracę, narzeczoną, dom i sensowne życie, o ile w ogóle życie może mieć sens. Potem znalazłem na chodniku ranną, krwawiącą dziewczynę i próbowałem zostać dobrym Samarytaninem. Teraz nie mam narzeczonej, domu ani pracy i wędruję sto metrów pod ulicami Londynu z perspektywą życia krótszego niż jętka o skłonnościach samobójczych. Nigdziebądź to przede wszystkim wspaniały pomysł, oryginalne wykorzystanie gatunkowych schematów i intrygujący bohaterowie. Jeśli miałabym przedstawić wzorowe urban fantasy, to byłoby to właśnie Nigdziebądź.




Początkowo chciałam poprzestać na jednej powieści punkowej, ale nie wyszło. Let me introduce... dieselpunk. W przeciwieństwie do popularniejszego steampunku czy clockpunku pojawia się na polskim rynku dużo rzadziej, chyba że w jakiś szalonych mieszankach między nurtowych. A tutaj akurat mamy młodzieżówkę. Wybucha pierwsza wojna światowa. Po jednej stronie stają nadnaturalne organizmy wyhodowane przez brytyjskich Darwinistów, a po drugiej bojowe maszyny niemieckich i austriackich Chrzęstów. Fabułę możemy obserwować z punktu widzenia dwójki bohaterów: Aleksandra, cudem uratowanego syna arcyksięcia Franciszka, oraz Deryn, która, udając mężczyznę, zaciągnęła się do brytyjskich sił powietrznych. Mimo że autor gęsto korzysta z pewnych schematów, to wplata je w tak barwny i wypełniony akcją po brzegi świat, że ciężko zwracać na to większą uwagę. I możemy się cieszyć aż trzema tomami.




Wspomnienia położnej pracującej w latach 50. na londyńskim East Endzie. Książka, choć momentami mocno naturalistyczna w opisach, jest niezwykle ciepłą opowieścią o życiu i śmierci. Dramatyczne historie pacjentek przeplatają się z anegdotkami natury prywatnej, tworząc miłą i wciągającą całość.




Tego pana można nie lubić za poglądy, ale pisać to on potrafi. Tym razem powieść sprawdzona w praktyce, bo czytana w trakcie ponad trzydziestostopniowych upałów. Krótka charakterystyka atmosfery? Leniwa i przesycona słońcem. Przeniesie Was prosto z przydomowego ogródka do Arizony.




Pastisz kryminału historycznego współtworzony przez jednego z moich ulubionych autorów, Jacka Dehnela. Główna bohaterka, profesorowa Szczupaczyńska, żona wykładowcy akademickiego, bardziej niż o zbrodnie dba o pilnowanie służącej i o to, co podać na obiad. Skoro jednak została uwikłana w sprawę dziwnej śmierci w krakowskim domu Helclów... Co szkodzi nieco się rozejrzeć. Soczysty język, humor i genialnie napisani bohaterowie - to z nawiązką rekompensuje nieco mniej wybitną intrygą. Śmiech gwarantowany. (A tom drugi niewiele ustępuje pierwszemu).


"Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy"
Julian Tuwim


Jeden wiersz Juliana Tuwima każda niemota przywoła, ale ilu z Was miało do czynienia z jego prozą? Nawet nie wiecie, ile straciliście. Diabelsko zabawne, przerażające trafne i wciąż aktualne. Ze względu na gwarantowane wybuchy śmiechu, zalecane do czytania na osobności.




Takie małe zaskoczenie, bo nie dość że to młodzieżówka, to jeszcze romans. Taki straaaszny romans. Ale jeden z tych, które przez to, że nie udają niczego ambitniejszego, okazuje się niezwykle świeży. Lata osiemdziesiąte w Stanach. Eleonora jest ruda, pulchna i pochodzi z patologicznej rodziny. Park jest nieśmiały i ma mamę Koreankę... A oto ich pierwsza miłość. Autorce udało się ukazać cały czar pierwszego związku i stworzyć naprawdę ciekawych, wielowymiarowych bohaterów (a myślałam, że to niemożliwe). Powieść napisana lekko, z humorem, ale też inteligentnie. Słodka, ale nie mdła. Po prostu cudowna.




Emma to taki gratis. Dziesięciotomowa manga stanowi przeniesienie romansu wiktoriańskiego do innego medium. To nieco podobny przypadek jak Eleonora i Park: nie znajdziemy tu pozowania na dzieło ambitne, ale sami, nie wiedząc kiedy, zaczynamy w którymś momencie kibicować głównej parze. Zresztą nie tylko im. W tle znajdziemy dużo barwnych postaci, humoru i uroku. No i kreska jest przecudna (nie sugerujcie się obwolutami, błagam...). Dla zainteresowanych: druga seria autorki, Opowieść panny młodej, również posiada wszystkie wymienione zalety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz