środa, 21 marca 2018

O amerykańskim patriotyzmie | "Długi marsz w połowie meczu" B. Fountain


Początek tego roku to czas intensywnych amerykańskich antyamerykańskich powieści: Fuck AmericaSprzedawczyka Elegii dla bidokówDługi marsz w połowie meczu zdecydowanie powinien zostać przywołany w ich kontekście. Bo zwyczajnie cholernie na to zasługuje. Uwaga, recenzja najeżona soczystymi cytatami. Uwaga, w ramach soczystości mieszczą się wulgaryzmy. Zapraszam.
Możesz głosować, zginąć za swój kraj, ale nie wolno ci wejść do baru i zamówić piwa*.
Wyobraź sobie, że masz osiemnaście lat i mieszkasz w małym miasteczku w Teksasie. Twoja siostra zostaje ciężko ranna w wypadku samochodowym, a trzy tygodnie później jej lalusiowaty narzeczony przyjeżdża do szpitala, żeby zerwać z nią zaręczyny. To twoja ukochana siostra i postanawiasz dokonać aktu zemsty. Demolujesz gnojkowi samochód, a gdy ten, usłyszawszy autoalarm, pojawia się na miejscu, gonisz go z łomem przez pół parkingu. Do zakończenia szkoły zostały ci dwa tygodnie. Z racji młodego wieku masz do wyboru odsiadkę w więzieniu lub pobór do wojska. Więc jedziesz do tego Iraku. Rok później wracasz do kraju. Twój kumpel z oddziału zginął w akcji, którą oglądał na żywo cały świat, ale ty jesteś sławny. Wraz z resztą ocalałych żołnierzy objeżdżacie Stany Zjednoczone w statusie gwiazd i bohaterów narodowych, a zwieńczeniem tego tournée ma być udział w meczu bejsbolowym na Texas Stadium. Nazywasz się William "Billy" Lynn i za parę dni wracasz do Iraku.
Chciałby, żeby choć raz ktoś nazwał go mordercą dzieci, ale tutaj najwyraźniej nikomu nie przychodzi do głowy, że tam giną maluchy. Zamiast tego nic, tylko "demokracja", "rozwój", "brońmasowejzagłady".
                                                                    teroRysta
                                                                                                                  wolnoś
                źli
                                                                              dynastyrześnia
                                                                    dynastyrześnia
                                                                                                                                 dynastyrześnia
                      żołnierze
                                                       waleszni
                                     wsparcie
                                                                                                                                          poświęcenie
                                                                             Bush
                              wartości
      Bóg

Jednym z tematów poruszanych w Długim marszu w połowie meczu jest oczywiście wojna. To powieść z gruntu pacyfistyczna. Autor nie pyta o przyczyny wojny w Iraku, jakkolwiek kontrowersyjne by nie były. Nawet nie pyta o wspomniane w cytacie ofiary cywilne. Pyta raczej o to, co ta wojna obchodzi zwykłego człowieka z prowincji. Pokazuje mechanizmy manipulowania opinią publiczną i grania emocjami po zamachach z 11 września. Ale też wskazuje, jak bezmyślnie znaczna część Amerykanów im się poddała. Jak zbiorowa histeria wyłączyła im rozsądek.
(...) coś w tym kraju zakleszczyło się na etapie dramatów nastolatków, rozbuchanego teatrzyku sponiewieranej niewinności i kojących kąpieli błotnych samousprawiedliwień i samoużalania.
Tutaj wszyscy są tacy konserwatywni, aż się pochorują, wyrucha ich ubezpieczalnia, wytransferują im miejsce pracy do Chin czy co tam jeszcze, i wtedy nagle: "Ojejku, co się stało? A ja myślałem, że Ameryka to najwspanialszy kraj pod słońcem, a ze mnie jest taki dobry człowiek, więc czemu wylądowałem w takim totalnym szambie?".
Bo i też Długi marsz w połowie meczu jest przede wszystkim rozliczeniem z amerykańskim patriotyzmem: spłyconym, histerycznym, nastawionym na budowanie własnej wartości. Odziera on poświęcenie głównych bohaterów z wzniosłości i wielkości; ich dokonania zostają przerobione na popkulturową papkę. Większości ludzi nie przeszkadza zestawienie hymnu narodowego z piosenkami Destiny's Child (świetna analogia poprzez takie samo wydzielenie graficzne). Akcja z udziałem żołnierzy jest dobra, bo jest spektakularna. Można na niej zyskać, czy to poprzez połechtanie narodowego ego, budowanie wizerunku czy pozyskanie materiału na hollywoodzki hit, który wypcha wszystkim kieszenie. Wszystkim poza pierwowzorami.

To wszystko obserwujemy z punktu widzenia Billy'ego Lynna. Przyspieszony kurs dorastania nie uczynił z niego w pełni mężczyzny. Mimo przeżytych doświadczeń wciąż jest w nim coś dziecięcego. Patrzy na świat wnikliwie, ale jego oczekiwania i nadzieje są bardzo proste. Wojsko nauczyło go, czym są prawdziwe tragedie, książki pożyczane od poległego przyjaciela nauczyły go myśleć, ale nie sprawiły, że stał się kimś innym, niż wskazuje jego wiek. Ta drobna rzecz, tak dobrze wkomponowana w całość narracji, uderzyła mnie chyba najmocniej.

W Billym łączy się żołnierska wulgarność i filmowy romantyzm. Martwi się, że wróci do wojska jako prawiczek, ale na Faison, poznaną na meczu patrzy nie tylko jak na obiekt seksualny. Zicocu określił w swojej recenzji ten wątek jako "pensjonarski" i nie mogę uwolnić się od tego przymiotnika. Z jednej strony podkreśla on ową młodzieńczość Billy'ego, a z drugiej wpisuje się we wspomniany wpływ popkultury na życie przeciętnego Amerykanina - i jej nierealistycznej, ckliwej rzeczywistości. Z Faison łączy się jeszcze jedna ważna rzecz. Billy nie chce wrócić do Iraku, ale nie potrafi sprzeciwić się zwierzchnikom. Nie jest to typowa bierność; on po prostu nie jest stworzony do bycia buntownikiem. Może się nie zgadzać z obowiązującym systemem, ale w jego naturze nie leży aktywny opór wobec niego. To na tym polega jego osobista tragedia, tragedia szarego człowieka.

Jednak Długi marsz... straciłby niemal całą swoją siłę oddziaływania, gdyby nie fantastyczny styl autora. Mięsisty, z jednymi z najlepiej wkomponowanych przekleństw, jakie spotkałam w swoim życiu (istna symfonia wulgaryzmów), nieuciekający od neologizmów, pełen niuansów i przyciągający naszą uwagę już od pierwszej strony. Tutaj wielkie brawa dla Tomasza Gałązki, który wykonał niesamowitą translatorską robotę. Efekt finalny jest doskonały, a przy tym nie taki oczywisty, bo tłumacz, starając się odtworzyć sposób mówienia bohaterów, sięgnął m.in. po anglicyzmy.

Ale jest to też dzieło wybitne pod względem kompozycji. Cała akcja rozgrywa się w tym samym miejscu, na Texas Stadium, z jedną większą retrospekcją, gdzie obserwujemy jeden dzień przepustki, który Billy spędził w rodzinnym domu, ale nie ma tu miejsca na nudę. Raz siedzimy na widowni, raz spotykamy się z jakąś ważną szychą, innym razem z Faison, a jeszcze kiedy indziej cofamy się do jakieś wspomnienia Billy'ego. Klasyczna narracja w jednej chwili potrafi zamienić się w obsesyjny strumień świadomości głównego bohatera, gdy ten pod wpływem jakiegoś bodźca osuwa się w traumatyczne przeżycia z Iraku. Ben Fountain eksperymentuje też w kilku miejscach z zapisem graficznym, jak w jednym z przytoczonych wyżej cytatów. Ta różnorodność z jednej strony czyni powieść bardziej przystępną, a z drugiej prowadzi do powstania kilku scen-perełek. Jak ta, w której Billy przysłuchuje się hymnowi narodowemu, równocześnie doznajać ataku paniki na wspomnienie Iraku oraz poległego Grzybasa. Albo ten moment:
Jeśli istnieje jakiś szybki trik na wywołanie zespołu stresu pourazowego, to chyba musiałby wyglądać raczej podobnie, ale na szczęście dla Norma, dla widza, dla Ameryki, dla ponadczterdziestomilionowej widowni przed telewizorami Bravo dadzą radę, a jak! Źrenice jak spodki, tętno i ciśnienie krwi gdzieś w kosmosie, kończyny drżą od wywołanego stresem zrzutu kortyzolu, ale jest dobrze, jest git, nikomu nie odpierdoli, drużyna Bravo nie pęka, to nie weterani z Wietnamu! Można kazać im maszerować w samo piekło pokazu "światło i dźwięk" i dadzą radę, ale - no jasny gwint - to jednak świństwo zmuszać ich do czegoś takiego.
To wszystko podlane jest sosikiem nie tyle nawet absurdu, co ironii i lekkiej hiperboli. Nic mocniejszego czy mniej realistycznego nie dałoby w tym wypadku tak mocnego efektu. Jeśli miałabym do czegokolwiek się przyczepić, to co najwyżej do tego, że bohaterowie zbyt łatwo dają się wpisać w stereotypowe grupy. Ta stereotypowość pełni zrozumiałą funkcję w krytyce Fountaina, ale nieco kłóci się ze zindywidualizowanymi ludzki portretami.

Ale dość tego. Długi marsz w połowie meczu to powieść cudowna i ważna. I wbrew pozorom nie skierowana wyłącznie do Amerykanów. W końcu postulaty o krytycznym podejściu do idei wielkości własnego narodu są uniwersalne. I my Polacy powinniśmy też je przemyśleć.


Marta


*Jak zwykle musiałam coś poplątać z cytatami i tym razem pododawałam je na Lubimy czytać, nie odnotowawszy nigdzie stron, z których pochodzą, i odkleiłam znaczniki. Musicie uwierzyć mi na słowo, że żaden cytat nie został zmyślony.


Autor: Ben Fountain
Tytuł: "Długi marsz w połowie meczu"
Oryg. tytuł: "Billy Lynn's Long Halftime Walk"
Wydanie: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017
Tłumaczenie: Tomasz S. Gałązka
Stron: 353
Rok I wydania: 2012 (PL - 2017)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz