środa, 27 grudnia 2017

O konieczności oswojenia się ze śmiercią | "Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyny Boni

Fragment okładki; czarne wzburzone morze

Znowu napisałam recenzję, której większość stanowią wady książki, mimo jej obiektywnie wysokiej jakości. Ale często tak to wygląda w przypadku wychwalanych pozycji o oczywistych zaletach i wyrazistych problemach. Więc się nie zrażajcie. Zapraszam.

Ganbare!, gdybyście jeszcze o nim nie słyszeli, to reportaż o olbrzymim tsunami, które nawiedziło Japonię w 2011 roku i które doprowadziło do fatalnej w skutkach awarii elektrowni Fukushima. Po pięciu latach od tego zdarzenia Katarzyna Boni udaje się na Honsiu, żeby spotkać się z tymi, którym udało się przetrwać. W Ganbare! - to po japońsku Dajcie z siebie wszystko! (...) Trzymajcie się! (s. 5) - Boni przeplata historie bohaterów z ich monologami (te ostatnie nasuwają proste skojarzenia z reportażami Swietłany Aleksijewicz), a informacje naukowe łączy z shintoistycznymi mitami i japońskim folklorem. W efekcie otrzymujemy wciągającą poprzez swoją różnorodność całość. Ta intymna książka kipi wręcz od emocji; ważniejszego od samego przebiegu obu katastrof stają się związane z nimi przeżycia ludzi oraz ich traumy. Tsunami zostaje ukazane jako wydarzenie o całym spektrum skutków, czasem zaskakujących. Niby czymś dobrze znanym w Japonii, ale wciąż niewyobrażalnie tragicznym dla ofiar.

Przyczepiłabym się może do zachowawczej konstrukcji reportażu. Znajdziemy tu jednoznaczny podział na dwie części: jedną poświęconą samemu tsunami, drugą - awarii w elektrowni jądrowej. Z jednej strony rozumiem to jako sposób zachowania porządku, lecz z drugiej - aż prosiłoby się o przeplecenie tych wątków, znalezienie ukrytych powiązań czy podobieństw między oboma zdarzeniami. Nie zaspokoiło mnie również zakończenie, czyli tytułowy rozdział Warsztaty umierania. Nadaje on ciekawy kontekst całej książce, lecz jest zbyt mały. Temat powstałej po katastrofie potrzeby oswajania się ze śmiercią wydaje się fascynujący, miło więc byłoby przeczytać o jeszcze paru jej przejawach.

Drugi problem Ganbare to... bycie książką zbyt łatwą. Zaraz ktoś przyjdzie i powie, że się czepiam. I być może będzie miał rację. Ja sama miałam wątpliwości, czy zamieszczać ten fragment. Ale to robię. Niepokoi mnie łatwość, z jaką prezentowane są wielkie ludzkie dramaty. Łatwość, z jaką autorka buduje napięcie i tragizm. Łatwa poetyckość oparta przede wszystkim na powtórzeniach. Łatwy kompromis między minimalizmem a "funkcją czytadła". Ktoś nazwie to wszystko przystępnością. Ale dla mnie to takie zawieszenie w niebycie między literaturą popularną i ambitną; próba zjedzenia ciastka i posiadania ciastka, w wyniku której kończymy cali umazani kremem.

Nie znaczy to, że Ganbare! jest książką złą albo że mi się nie podobało. Ono naprawdę jest dobre i naprawdę mi się podobało. Jednak zupełnie nie rozumiem, dlaczego nazywa się "arcydziełem". Choć pragnę wierzyć, że ci wszyscy, którzy po nie sięgnęli, a z reportażem nie mają zbyt wiele wspólnego, zdecydują się dzięki tej książkę zgłębić ten gatunek bardziej.


Marre


PS. Nie mogę się napatrzeć na okładkę, ale wyklejka z mapą to jakaś porażka. Wygląda jak z pierwszego lepszego serwisu informacyjnego.


Autor: Katarzyna Boni
Tytuł: "Ganbare! Warsztaty umierania"
Wydanie: Agora SA, Warszawa 2017
Stron: 286
Rok I wydania: 2016
Werdykt: polecam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz