niedziela, 24 grudnia 2017

Dlaczego nie lubię najnowszej ekranizacji "Morderstwa w Orient Expresie"?


Wszyscy chyba znacie tę historię. Podczas śnieżycy luksusowy Orient Express zakopuje się w zaspie gdzieś w górach. Tymczasem jeden z pasażerów zostaje znaleziony martwy w swoim przedziale. Mordercą musi być jedna z osób przebywających w wagonie pierwszej klasy. Detektyw Poirot rozpoczyna śledztwo. Pod tym względem najnowsza ekranizacja Morderstwa w Orient Expressie w reżyserii Kenetha Branagha nie różni się dużo od oryginału. Mam jednak wrażenie, że Branagh, skupiając się na fabule, pominął pewien bardzo ważny aspekt powieści. I stworzył może niezły hollywoodzki film, ale naprawdę marną ekranizację. Zapraszam.

(Jeśli wstęp Was nie zachęcił, to chociaż zescrollujcie na sam dół, bo tam ukryłam życzenia :>).

Dla mnie w Morderstwie w Orient Expressie (powieści) najważniejsza nie jest intryga, perfekcyjne wykorzystanie motywu zamkniętego pokoju czy dość zaskakujące jak na Christie rozwinięcie problematyki moralnej morderstwa. To znaczy: są ważne, ale nie znaczą nic bez mniej widoczniej warstwy powieści. To jest jej konstrukcji. Morderstwo w Orient Expressie najlepiej z czytanych przeze mnie książek autorki przedstawia sposób myślenia Poirot. Spójrzmy na spis treści: tytuły kolejnych rozdziałów to tak naprawdę plan pracy Poirot. Również sam styl jest tak subtelny, jak to możliwe, momentami wręcz suchy. U Christie nie ma miejsca na budowanie klimatu w typowym tego słowa znaczeniu. Słowa są tylko niezbędnym nośnikiem informacji.


Gdyby chcieć stworzyć wierną ekranizację Morderstwa... musiałby być to film kameralny. A na pewno nie tak "hollywoodzki" jak najnowsza produkcja Branagha. Nie razi nawet obszerny wstęp, co sam sposób prezentacji wydarzeń dziejących się już w pociągu. Z jednej strony mamy doskonałą grę kamery w zamkniętych pomieszczeniach (scena odkrycia ciała sprowadzona do ujęcia korytarza przed przedziałem zamordowanego filmowanego z góry - majstersztyk), a z drugiej - nieumiejętność wytrzymania "w środku" i wrzucanie co jakiś czas górskich landszaftów. I o ile w pełni rozumiem dodani paru "żywszych" acz niekanonicznych scen, to już uparte wywlekanie akcji na zewnątrz pociągu staje się irytujące i dość zbędne.

I nie weźcie mnie, proszę, za psychofankę powieści nieakceptującą żadnych zmian w oryginale, bo przyczyna mojego niezadowolenia jest dużo bardziej uniwersalna. "Uciekanie" z pociągu i stylistyczna "epickość" nie działają, bo w połączeniu z wymyślną intrygą wywołują uczucie przesytu i podkreślają nieprawdopodobieństwo zdarzeń. Jak w pigułce widać to w scenie finalnej prezentacji rozwiązania zagadki - już z definicji dosyć mało naturalnej. Tym razem Branagh sadza wszystkich przy jednej ławie, idealnie w wejściu do tunelu kolejowego. Sam staje na przeciw, tuż przed lokomotywą, której reflektory oświetlają go od tyłu... Widzicie to? A słyszycie te śmiechy "młodszej widowni"? (Kocham szkolne wyjścia mikołajkowe do kina). A wyobraźcie sobie, że ktoś dorzuca do tego wszystkiego grożenie pistoletem. Drama jak malowana. (To chyba dobra chwila, aby wspomnieć, że za każdym razem, gdy bohaterowie nonszalancko wychodzili sobie z pociągu, to mnie robiło się zimno. Środek zimy, środek gór i zwykły płaszcz, w którym mnie byłoby zimno przy dwóch stopniach na plusie? Nie zgadzam się).

To ta scena...



Ale powiedzmy coś miłego. Czyli... jak tam nowy Poirot i nowe wąsy, którym od samego początku bardzo kibicowałam? Genialnie. Przyczepiłabym się może odrobinę do samego scenariusza tej postaci: pomysły na zmarłą ukochaną i problem "braku symetrii" są maksymalnie ograne i żenują swoją sztucznością. Tego samego nie można na szczęście powiedzieć o Poirot. Branagh w tej roli zachwyca i deklasuje w moim odczuciu Sucheta. Dopiero gdy zobaczyłam na ekranie tego pierwszego zrozumiałam, jak nienaturalny był ten drugi. Poirot Branagha okazał się niezwykle ludzki, mniej wystudiowany, a równocześnie nie stracił żadnej ze swych charakterystycznych cech.

Gorzej z pozostałymi bohaterami. Już pominę kwestię Deppa, którego obecność na ekranie nie cieszy mnie już od paru dobrych ról jakiegoś czasu. Po prostu przy tak świetnej obsadzie i ciekawych bohaterach drugiego planu jakimś cudem nie znalazło się tu miejsce na naprawdę ciekawą kreację aktorską. Nawet przy dobrze przeprowadzonej dywersyfikacji rasowej (pokochałam scenę, w której Poirot słyszy, że jeśli nie zajmie się sprawą morderstwa, to o zabójstwo oskarżą prawdopodobnie Martineza, wyłącznie z racji jego koloru skóry i nazwiska), nikt nie wywołuje prawdziwego efektu wow. Negatywnie od reszty postaci odstaje hrabiostwo Adrenyi. Po pierwsze: zaprezentowani nam we wstępie, giną na pół filmu, by pojawić się, gdy o ich istnieniu kompletnie zapomnimy. Po drugie: neurotyczny, agresywny hrabia i hrabina-narkomanka w przedziale przypominającym buduar w luksusowym domu publicznym nie przystają absolutnie do niczego. Scenę z ich udziałem oglądamy z rosnącym skonfundowaniem.

...i widok w drugą stronę



Możecie zapytać: w takim razie jak sobie wyobrażasz idealną ekranizację? Jak już napomknęłam: oddającą nie tylko treść powieści, ale też styl autora. Coś oszczędnego, łączącego bogactwo wnętrz Orient Expressu z prawdziwym napięciem. Coś bliższego miniserialowi I nie było już nikogo. (Widzieliście już? Warto). Oraz próbującego ukazać analityczny sposób myślenia Poirot. Na to ostatnie akurat w przypadku filmu Branagha miałam szczerą nadzieję - pamiętacie trailer przedstawiający poszczególnych podejrzanych? Mam na myśli właśnie coś takiego. Rozkład pociągu, powiązania między pasażerami - Branagh udowodnił wcześniej wymienionymi scenami, że przy pomocy odpowiednich ujęć i pracy kamery byłby coś takiego w stanie osiągnąć. Ale otrzymaliśmy film znacznie bezpieczniejszy i bardziej zachowawczy. Szkoda.

Nie potrafię jednoznacznie polecić lub odradzić Morderstwa w Orient Expressie. Nie będzie to na pewno dla Was seans koszmarny, ale i raczej Was nie zachwyci. No chyba, że potraficie zachwycać się samą warstwą estetyczną. Obok genialnych scen znajdziecie tu pomysły kompletnie nietrafione. Jednak duży budżet to nie wszystko.


Marre


***

A tak w ogóle, to wypadałoby złożyć życzenia na blogu, zanim pojawią się na fanpage'u i Instagramie. Życzę więc Wam zdrowych i spokojnych świąt, wspaniałego nadchodzącego roku, pełnego samospełnienia, spotkań z cudownymi ludzi i doświadczeń, które będziecie wspominać przez resztę życia. (<- Książki naturalnie mieszczą się w tej ostatniej kategorii). To chyba również dobra okazja, żeby podziękować wam za to, że jesteście. I jesteście najleeepsi na świecie <3 Buzi i widzimy w czwartek na kolejnej recenzji, ciężsi o 5 kilo pierniczków!


Marre

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz