piątek, 17 czerwca 2016

100 tys. wyświetleń albo co mi dało blogowanie


10 czerwca na blogu stuknęło 100 tys. wyświetleń. Nie jest to może wynik oszałamiający jak na ponad dwa lata, ale nikt mi nie zabroni być z niego dumną. A jeszcze biorąc pod uwagę, że wszelkie jubileusze zwykłam przegapiać, to tym bardziej wypadało coś przygotować.

Co mi dało blogowanie? Bardzo wiele bardzo dziwnych rzeczy. Tych bardziej oczywistych i tych mniej. Wymiernych i abstrakcyjnych. Postarałam się wymienić je poniżej. Choć i tak na pewno o czymś zapomniałam.

(Post ozdobiony będzie grafikami linkami do recenzji z tych dwóch lat. Niektórych początkowych się wstydzę, ale traktuję to jako ciekawostkę i przestrogę dla potomności. Korekty specjalnie nie robiłam).

Pierwsza recenzja. Kadr po prawej: film4.com


Sensowną pasję
Najgłupsza rzecz, ale prawdziwa. Poświęcanie niemal każdej wolnej chwili na czytanie, ewentualnie poprzeplatane smarowaniem jakiegoś opowiadania, nie prezentowało się zbyt dobrze jako hobby. Wielu ludzi nie rozumie, że można lekturę traktować w ten sposób. ALE jeśli dodasz, że prowadzisz o tym blog - brzmi znacznie lepiej. Wyrafinowanie. Nietypowo. Przynajmniej w teorii. Nie patrzmy na statystyki.

Jeszcze bardziej się rozpisuję
To jest prawda! Początkowe recenzje były zazwyczaj bardzo krótkie albo nawet zbyt krótkie. Z biegiem czasu stawały się coraz dłuższe i dłuższe... a teraz sporo jest stanowczo zbyt długich. Ale w zasadzie nie przeszkadza mi to. Jeśli w rezultacie dobrze przedstawię wady i zalety książki, to jestem szczęśliwa. Jedną z najgorszych rzeczy są powierzchowne recenzje.


Stałam się jeszcze bardziej wybredna
A w zasadzie stałam się uważniejszym czytelnikiem. Z każdą kolejną recenzją (szczególnie tą negatywną) zwracam uwagę na większą ilość mankamentów. Stałam się prawdziwą maszyną do wyszukiwania literówek, dziur fabularnych i innych bubli.

Zmienił się mój gust
Zaczynałam, czytując pół na pół fantastykę i młodzieżówki. Z biegiem czasu te ostatnie niemal całkowicie wyeliminowałam z jadłospisu i sięgam po nie tylko okazjonalnie, a po fantastykę rzadziej, niż bym chciała (co nie znaczy, że rzadko). Nie odmówię za to żadnej ciekawie zapowiadającej się, ambitniejszej obyczajówce. Pozostało jednak moje zamiłowanie do klasyki i powieści historycznych.

Pierwsza współpraca. Obrazek po prawej: fragment nowej okładki

Piszę nie tylko recenzje
W zasadzie to osiągnięcie ostatnich miesięcy. Wreszcie zaczęłam realizować swoje pomysły na felietony i inne tego typu teksty. Mam nadzieję, że przy tym wytrwam, bo daje to sporą satysfakcję i każdorazowo jest sporym wyzwaniem.

Czytam regularnie
Narzuciłam sobie normę, która sprawdza się idealnie, a mianowicie sto stron dziennie. Gdy mam gorszy okres wyrabiam połowę, ale gdy się wciągnę, to i 200% nie stanowi problemu. Uregulowało to znacznie moje wyniki czytelnicze i mam mniejsze problemy ze znalezieniem obiektu do recenzji.

Pierwsza recenzja, która przekroczyła 1000 wyświetleń. (Do dziś fascynuje, jakim cudem tamtego lata tak szalały statystyki). Obraz po prawej: geecologist.com


Poznałam sporo świetnych ludzi
Blogosfera książkowa to dość hermetyczna grupa. Większość komentujących to inni blogerzy. Wdając się w dyskusji i/lub regularnie czytając ich teksty, świetnie się poznajemy. Nie mówiąc już o wymianie maili itp. I cóż z tego, że prawdopodobnie połowy tych ludzie nie zobaczę nigdy na oczy?

Nigdy nie brakuje mi książek do lektury
Serio. Z miesiąca na miesiąc półka "Chcę przeczytać" na LC (tutaj) znacznie pęcznieje. Gdzie te czasy, kiedy specjalnie szukałam książek na prezent urodzinowy dla siebie?!

Recenzja z największą ilością wyświetleń w historii. Obrazek po prawej: cassandraclare.com

Doceniam stronę estetyczną bloga
Nigdy nie był on brzydki, ale dopiero z czasem nauczyłam się, jak najkorzystniej wykorzystać miejsce. Stawiam na minimalizm i skupiające uwagę grafiki/zdjęcie. I wciąż się uczę.

Przeszłam na Disqusa
Było to pół roku temu i nie wyobrażam sobie bez niego życia. Serio. Wreszcie ogarniam w pełni komentarze i mam dostęp do tej wydawałoby się prostej funkcji, jaką są powiadomienia o odpowiedziach (drogi Bloggerze...). Szkoda, że nie jest to opcja obowiązkowa w blogosferze.

Pierwsza recenzja po dwumiesięcznej (ale za to jedynej!) przerwie w blogowaniu.

Ogarniam HTML-a!
Niestraszne mi kilka tysięcy linijek kodu. Aż szkoda, że w tym roku szkolnym nie musieliśmy robić stronki na informatyce, bo stworzyłabym to cudeńko. Miało to również wpływ na decyzję o wyborze rozszerzonej informatyki i związanie z tym mojej przyszłości. (Jak na razie. Czekam aż mi się odwidzi albo zdechnę od nadmiaru rozszerzeń).

Zaczęłam robić korektę!
I co z tego, że robię to od jakichś 7/8 miesięcy. Ale robię! To był mój największy problem. Osoby niepiszące nie wiedzą, jak ciężko zmusić się do powtórnego przeczytania dopiero co napisanego tekstu. Nie zawsze można pozwolić sobie na luksus zajrzenia do niego dopiero na drugi dzień. A jako że myślę dużo szybciej niż stukam palcami (a robię to całkiem sprawnie), to powstawały już różne dziwne rzeczy. Że o zdradzieckiej autokorekcie nie wspomnę.

Pierwsza recenzja z "profesjonalną" korektą. Obrazek po prawej: The Guardian


No i przeczytałam mnóstwo świetnych książek.
No dobrze, złych również trochę było. Ale fakt pozostaje faktem, że od początku zrecenzowałam 231 książek. A przeczytałam jeszcze więcej.

Dziękuję Wam za to wszystko!

Marre

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz