sobota, 12 sierpnia 2017

Natalia Fiedorczuk "Jak pokochać centra handlowe" | Macierzyństwo w cieniu depresji

Nigel van Wieck - Q Train
Jakby kogoś interesowało, to na okładce znajduje się obraz Nigela Van Wiecka "Q Train"
Mam problem z tą książką. O ile pod wieloma względami bardzo mi się podobała, to pewne ważne szczegóły znacząco psują jej odbiór. Problem leży przede wszystkim w tym, że Jak pokochać centra handlowe wcale nie jest o tym, o czym się twierdzi, że jest. A przynajmniej nie o tym, co twierdzi medialna otoczka. Zapraszam.

Na tę niewielką objętościowo powieść (niech Was nie zmylą te 283 strony - to zasługa dużego fontu i sporej ilości pustego papieru) składają się wyrywki z życia młodej matki, poczynając od pierwszej ciąży, kończąc w miejscu, gdy starsze dziecko ma cztery lata. Wyrywki niezwykle intymne (sensualny styl jest jedną z największych zalet Jak pokochać centra handlowe), pogrążone w atmosferze marazmu.

Wydawca pragnie w Jak pokochać centra handlowe widzieć świeże podejście do tematu macierzyństwa. Wszystko ukierunkowuje nas już przed lekturą na opowieść o każdej matce, o problemach uniwersalnych, choć często takich, do których się nie przyznajemy. Tylko że szybko zauważamy, iż ta historia wcale nie jest uniwersalna. Choć z początku może i tak: narracja jest prowadzona w pierwszej osobie i w czasie teraźniejszym (którym to, mimo że niełatwym, autorka posługuje się mistrzowsko), długo nie znamy tożsamości narratorki, a szczegóły z jej życia są nam bardzo powoli wydzielane. Takiej konstrukcji fabuły używa się zazwyczaj, by utożsamić czytelnika z bohaterką. I faktycznie, za sprawą sugestywnego stylu, tak się dzieje. Co jeszcze wzmacnia sytuacja rodzinno-ekonomiczna głównej bohaterki, pozująca na tak przeciętną, jak się tylko da.

Tyle że, gdy mija część wprowadzająca, dostrzegamy, że bohaterka jest bardzo konkretną osobą z bardzo konkretną historią oraz problemami, z którymi większość kobiet zwyczajnie się nie utożsami. I Jak pokochać centra handlowe staje się opowieścią o macierzyństwie naznaczonym cieniem depresji, na którą narratorka, jak sama autorka, w chwili zajścia w ciążę, choruje z nawrotami od ośmiu lat. Odbija się to znacząco, m.in. na jednym z elementów fabuły, jakim jest tzw. baby blues. Z premedytacją nie nazywam go depresją poporodową, bo widzimy, jak bardzo odległy jest on od "typowych" zaburzeń naszej bohaterki. Tutaj warto wspomnieć, że Natalia Fiedorczuk otwarcie mówi o połączeniu opowieści wielu różnych kobiet. Chce podkreślić częstość występowania baby bluesu (czy to się na pewno odmienia?), który z perspektywy posłowia urasta do głównego tematu książki, choć wrażenia z samej lektury są wręcz przeciwne. Tyle że jej się to nie udaje, właśnie z powodu owej depresji. Indywidualizuje ona owo doświadczenie, co samo w sobie nie jest złe, lecz wydaje się wyraźnie sprzeczne z zamiarem autorki. Szczególnie widać to w zakończeniu. Finałowa ucieczka (o której nie wiemy, czy jest faktem czy wyłącznie fantazją) zamiast stać się wyrazem macierzyńskiej bezsilności, jawi się po prostu kolejnym załamaniem nerwowym.

Inny problem wynikający z łączenia życiorysów różnych osób, to coś, co osobiście nazywam "patologizowaniem". Z jednej strony mamy dużo epizodów (to określenie lepiej sprawdza się w przypadku tej powieści niż rozdział) poświęconych rzeczom bardzo zwyczajnym i codziennym. Z drugiej pojawia się kilka mocnych i nietypowych, które nie dość, że nie wnoszą do tematów niczego nowego, to połączone razem odrealniają całą historię. Mamy więc koszmarny poród spowodowany niekompetencją personelu szpitalnego (za którą oczywiście nikt nie odpowiedział); sam baby blues również nie jest aż takim tabu, przynajmniej w moim odczuciu, jakim chciałaby go widzieć autorka, a do tego wszystkiego dochodzi zaburzenie ze spektrum autyzmu u starszego synka. Że nie wspomnę o dziwacznym, wepchniętym na siłę, epizodzie z Obywatelską Strażą Rodzicielską, utrzymanym w duchu Kafki, mówiącym niby o ważnej rzeczy, jaką jest fakt, iż każdy z nas staje się w którymś momencie złym rodzicem, ale stylistycznie tak nieprzystającym pod żadnym względem do reszty powieści, że zapiera dech w piersiach.

Owo bardzo luźne powiązanie epizodów też zdaje się być problemem, jeśli zechcemy nadać powieści jakiś wymiar całościowy. Bo gdyby iść tropem wydawcy, to mogłaby być to opowieść o tym, jak zmienia się życie matki po urodzeniu dziecka. Intymna atmosfera bardzo by do tego pasowała, ale przeszkadza ta cała epizodyczność.

Czym jest więc dla mnie Jak pokochać centra handlowe? Indywidualnym doznaniem macierzyństwa połączonego z depresją. Rozkosznie sensualnym i sugestywnym. Bo czego by nie pisać, to Natalia Fiedorczuk pisać potrafi. I swoim pisaniem zachwyca. Problem stanowi natomiast samo budowanie fabuły. Wydaje się, że autorce wielokrotnie zmieniał się pomysł na całą powieść. Z posłowia wynika również, iż jej rozumienie wydźwięku książki dość mocno rozmija się z pojmowaniem moim, czytelniczki. Jeśli interesuje Was temat depresji i luźne refleksje nad macierzyństwem, to jest to książka dla Was. Nie oczekujcie jednak żadnej rewolucji. Ja natomiast dodam, że bardzo czekam na następną powieść Fiedorczuk. Bo chyba jeszcze mnie zadziwi.


Marre


PS. Ja książkę oceniam z punktu widzenia osoby, której do macierzyństwa daleko, ale u Magdy odczucia podobne :)

PS2. W dyskusji z Ytr0001 (poniżej) rozwinęła nam się jeszcze jedna myśl dotycząca książki, więc doczytajcie ;)


Autor: Natalia Fiedorczuk
Tytuł: "Jak pokochać centra handlowe"
Wydanie: Wielka Litera, 2016

Stron: 283
Rok I wydania: 2016
Gatunek: literatura współczesna
Werdykt: polecam - nie polecam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz