sobota, 1 marca 2014

[5] David Mitchell - ATLAS CHMUR



"Atlas Chmur" składa się z historii sześciu osób na przestrzeni wielu lat: pamiętnika śmiertelnie chorego Adama Ewinga, podróżującego przez Ocean Spokojny do swojej rodzinnej Kalifornii; listów do swojego przyjaciela autorstwa wydziedziczonego genialnego młodego kompozytora, próbującego oszustwem zarobić na życie w Belgii w latach międzywojennych; opowieści dziennikarki-idealistki walczącej o prawdę z bezwzględną korporacją energetyczną lat siedemdziesiąt; historii spisanej przez zamkniętego w domu spokojnej starości wydawcę książek uciekającego przed gangsterami; zeznania skazanej na śmierć, sztucznie stworzonej dziewczyny usługującej w restauracji w regionie współczesnej Korei oraz gawędy mężczyzny żyjącego u schyłku ludzkiej cywilizacji i kultury.

Na początku muszę zaznaczyć, że będę oceniała tę książkę z punktu widzenia filmu. Gdyby nie on, z pewnością nigdy nie sięgnęłabym do tej powieści i tym samym moje doświadczenie literackie byłoby z pewnością dużo uboższe. Już po kilku stronach wiedziałam, iż dzieło to, ze swoją mnogością narracji i wątków, jest po prostu stworzone do ekranizacji. A po zakończeniu lektury muszę przyznać, że jest to pierwszy przypadek, iż książka jest gorsza od ekranizacji. Dlaczego?

Przede wszystkim autor nadając jej już na starcie jej charakterystyczny, lekko filozoficzny, niespieszny charakter, sprawił, iż miała ona mniejsze szanse. Natomiast w filmie przeplatające się wątki urzekały i sprawiały, iż nie sposób było się od niej oderwać. W przeciwieństwie do książki, w której pan Mitchell dość często i mocno zaczynał przynudzać i nie wiedział w dodatku, kiedy skończyć. Reżyser stworzył pełną dynamiki historię, w której przeplatały się akcja i momenty na zastanowienie. Mistrzowskim posunięciem było również zastosowanie tych samych aktorów do różnych postaci w różnych czasach.

Poza tym powieść z początku wydawała się nadzwyczajnie zgodna z filmem. Do pewnego momentu. Potem scenarzysta, czy ktokolwiek inny, puścił wodze wyobraźni. I moim zdaniem jego wersja była dużo lepsza od tej książkowej. Szok, bo nigdy z czymś takim się nie spotkałam.

Jednak w pewnej kwestii powieść przeważała nad filmem. Chodziło o te maleńkie, nadające klimat, szczególiki, na przykład identyczne znamiona u wszystkich bohaterów i fragmenty, w których bohaterowie natykają się na historie swoich poprzedników. W filmie moim zdaniem nie wyeksponowano tego odpowiednio. A szkoda.

Ale żeby nie było, iż opisuję wyłącznie film, skupię się teraz na poszczególnych częściach:

Adama Ewinga Dziennik Pacyficzny
Bardzo dobre, niesamowita stylizacja językowa. Nie mogę się wypowiedzieć, jak wypadała ona w oryginale i być może to tylko inwencja tłumacza, ale raczej nie. W świetny sposób przedstawia kwestię rasizmu i realnej równości ludzi. 7/10

Listy z Zedelghem
Zakochałam się w tej historii jeszcze podczas oglądania filmu, lecz po lekturze było jeszcze lepiej. Moim zdaniem niepotrzebnie przekształcono tę historię opowiadającą o młodym człowieku, który bytując w wyższych sferach, w takim stopniu zawodzi się na ludziach, że popełnia samobójstwo. Z chęcią przeczytałabym rozbudowaną wersję. Forma listów nadaje romantycznego, nieco gorzkiego posmaku całej opowieści. 9/10

Okresy półtrwania. Pierwsza zagadka Luisy Rey
Tu uczucia mieszane. W filmie ucięto przydługie, denerwujące wtręty z życia codziennego itp. i stworzono coś bardziej w stylu kina akcji. Nie mam za złe - to dla mnie czwarta pod względem jakości historia w książce i bardzo przeciętna. Za dużo nie dałoby się w tej kwestii zmienić. Jednak wspaniale obrazuje kwestię, jak wiele można poświęcić dla prawdy. 4/10

Upiorna udręka Timothy'ego Cavendisha
Najsłabsza część. Czy ta cała groteska była zamierzonym przez autora efektem? A może wyszła przypadkowo? Ogólnie nie potrafię znaleźć żadnej funkcji, jaką pełniłaby w całości z resztą. Dla mnie nie porusza żadnych ważnych tematów, jest jak przerysowana komedia. W dodatku komedia z gatunku tych obrzydliwych. Nie polecam spożywania kanapki na początku jej drugiej części. Sama tak zrobiłam i teraz żałuję. 1,5/10

Antyfona Sonmi~451
Najlepsze. Nie tylko dla tego, że jestem fanką SF. Jednak moim zdaniem autor niepotrzebnie poskąpił nam opisów, o które po prostu się prosiło. Na szczęście nadrobił to film, zmieniając przy tym cały sens historii. Niestety. Bo cel nie może uświęcać środków. Choćby był najszczytniejszy. 10/10

Bród Slooshy i wszystko co potem
Największe rozczarowanie. Pierwszym zdziwieniem był styl, ale byłam wyrozumiała i przymknęłam oko. Choć nie wierzę w koncepcję, że język po upadku ludzkości cofnąłby się do XVIII-wiecznej wsi. Ale najgorsze zakończenie. Takie... bezpłciowe. A to filmowe niezmiernie mi odpowiadało. A tu... nuda. Chwilami czułam się, jakbym czytała lekturę szkolną. A ich się nie lubi pro forma i nic tego nie zmieni. 3/10

Tak więc poszczególne części pozostawiają za sobą mieszane uczucia. Natomiast całość wrażenie robi wielkie i zapomina się o drobnych niedociągnięciach. Chyba, że oglądało się film. Polecam (i to, i to).

Marre

PS. Pod koniec pisania recenzji stwierdziłam, że chyba wymyśliłam nowy podgatunek: recenzję porównawczą. Ja przynajmniej o niczym takim nie słyszałam.

Autor: David Mitchell
Tytuł: "Atlas Chmur"
Oryg. tytuł: "Cloud Atlas
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
I wydanie: 2004 (PL - 2006)
Stron: 544
Gatunek: fantastyka
Ocena: 8/10

2 komentarze:

  1. Wiesz, dzięki tej "recenzji porównawczej" jest szansa, że przebrnę przez książkę ;) Fil już za mną i miał niezaprzeczalny urok, ale w lekturą męczę się już kilka tygodni...
    PS. Nie widzę literek przez te ptaszki...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczęłam oglądać film, ale nie skończyłam. Raczej powtórnie się za to nie zabiorę, tym bardziej za książkę.

    OdpowiedzUsuń